Pewni siebie, czuli na sztukę, goniący marzenia – tacy są młodzi twórcy na Mastercard OFF CAMERA. To właśnie tutaj, na festiwalowych ekranach, widzowie mogli zobaczyć pierwszy pełnometrażowy debiut aktorski Filipa Zaręby w filmie „LARP. Miłość, trolle i inne questy”.
Ta odważna, momentami bezczelna komedia nie ogranicza się jedynie do wywoływania śmiechu. Pod warstwą humoru kryje się coś więcej – delikatne, ale trafne spojrzenie na relacje, potrzebę przynależności i trud dorastania, gdy wsparcie najbliższych zawodzi.
W rozmowie z Filipem poruszyliśmy tematy, które wybrzmiewają również w samym filmie: dlaczego komedia może być jednym z najodważniejszych sposobów mówienia o trudnych sprawach, czym sztuka staje się dla młodego pokolenia i dlaczego, mimo wszystko, wciąż warto marzyć.
Zuzanna Śnieżyńska: Czy widziałeś już któryś z filmów festiwalowych? Czy któryś z nich szczególnie zapadł Ci w pamięć?
Filip Zaręba: Widziałem już wcześniej między innymi „Dom dobry” oraz „Ministrantów”. Ostatnio obejrzałem też „Dobrego chłopca”, najnowszy film Jana Komasy i ten seans wyjątkowo mnie poruszył.
Twoje role często postrzegane są jako głównie komediowe, a mi wydaje się, że mają one też wymiar dramatyczny. Twoja postać LARP-ie jest w bardzo newralgicznym momencie swojego życia, zwanym dojrzewaniem. Czy Ty też masz poczucie, że mimo humorystycznego wydźwięku ten film opowiada też o czymś ważnym i uniwersalnym?
Rzeczywiście wokół mojej osoby krąży przekonanie, że na ekranie często gram w filmach komediowych, ale dla mnie Sergiusz jest przede wszystkim bardzo dramatyczną postacią. Jego zachowania, wynikające z bycia introwertykiem, nie tylko nas śmieszą, ale też pokazują, że nie do końca wie, jak na przykład poderwać dziewczynę, mimo że bardzo mu na niej zależy. Wiemy też, że zrobiłby dla niej naprawdę wiele. Wydaje mi się, że w realnym życiu również spotykamy takich „dobrych chłopaków”, którzy nie mają tej łatwości w relacjach, ale są wartościowymi ludźmi.
Dla mnie cały ten film, mimo komediowej szaty, jest tak naprawdę poważną opowieścią o relacji ojca z synem. O ojcu, który próbuje programować syna na swoją modłę, podczas gdy syn tego nie czuje. Myślę, że można to odnieść do rzeczywistości, również w Polsce, do częstego niezrozumienia międzypokoleniowego.
To, jakim człowiekiem staje się syn, często zależy od tego, co otrzyma od ojca – czy dostanie miłość, akceptację i opiekę. I myślę, że właśnie te problemy są w tym filmie bardzo wyraźnie obecne.
Czy uważasz, że komedia jest dobrym narzędziem do opowiadania o trudnych tematach? Co Twoim zdaniem wnosi ten gatunek, kiedy wykorzystuje się go do mówienia o rzeczach poważnych?
Myślę, że jest do tego idealna. Mam wrażenie, że polskie kino często ma taką szarą poświatę i pewną patetyczność, z którą trudno się utożsamić, bo życie takie nie jest. Życie w dużej mierze jest komedią. Wydaje mi się, że człowiek jest w pewnym sensie zaprogramowany tak, żeby szukać w rzeczywistości rzeczy wesołych, bo potrzebuje tego, żeby po prostu funkcjonować i przetrwać.
Dla mnie komediodramat to idealny gatunek, który eksploruje jednocześnie te dwa światy – tragedię i humor. I właśnie takie filmy również ja chcę tworzyć.
Mam wrażenie, że coś, co łączy Ciebie i twoją planową partnerkę, Martynę Byczkowską, to prawdziwa fascynacja filmem. Oboje macie za sobą również swoje reżyserskie debiuty. Chemia między wami zdecydowanie ma odzwierciedlenie w filmie, ale zastanawiam się na ile jest to wynik tej wspólnej pasji i czy te wspólne zainteresowania mają dla ciebie znaczenie podczas pracy na planie?
Myślę, że my wszyscy, zarówno obsada, jak i twórcy tego filmu, mamy dużą pasję do kina, ale też po prostu jesteśmy wobec siebie serdeczni i sympatyczni. Mnie z Martyną faktycznie wiele łączy, nawet takie szczegóły jak to, że nasi ojcowie są nauczycielami WF-u. Jesteśmy też bardzo otwarci na siebie i na świat. Możemy razem porozmawiać zarówno na poważne tematy, jak i się pośmiać. Na planie cały czas panowała między nami po prostu dobra, przyjazna atmosfera.
Bardzo trafia do mnie Twoja wizja aktorstwa i pracy przy filmie. W jednym z wywiadów powiedziałeś, że „sztuka polega na opowiadaniu historii i dawaniu światła”, a jednocześnie często podkreślasz jak ważny jest też ludzki wymiar tego zawodu i radość z tworzenia. Zastanawiam się jednak, czy w świecie filmu, który wiąże się z presją, castingami i ambicjami, da się naprawdę utrzymać takie podejście. Czy można wejść w ten świat i nie zatracić w nim siebie?
Staram się praktykować to ,,opowiadanie historii i dawanie światła”, ale mam poczucie, że to jest możliwe tylko wtedy, kiedy towarzyszy temu coś, co nazwałbym cierpliwą miłością. Miłością, która pomaga wytrzymać porażki na castingach, te wszystkie momenty, kiedy dostajesz kolejne powiadomienia, że ktoś inny dostał rolę, a ty nie. Jest ona też pomocna w walce z pokusą samego blichtru.
Myślę, że są osoby w tym świecie, którym zależy głównie na tym błysku i statusie. Ja do tej pory staram się utrzymywać w sobie tę ludzkość i czystą przyjemność z tworzenia, choć nie mam pewności, co będzie dalej, szczególnie jeśli pojawią się większe pieniądze czy większa skala projektów.
Mam wiele pomysłów na siebie, chciałbym kiedyś mieć studio filmowe, otworzyć knajpę w moim rodzinnym mieście, reżyserować filmy. Nie wstydzę się mówić, że chcę osiągnąć sukces, doświadczać świata mody, współpracować z dużymi markami, ale to nie jest moim głównym celem. Najważniejsze jest dla mnie opowiadanie historii, bycie na planie i tworzenie czegoś, co ma znaczenie. Bardzo inspirujące jest dla mnie to, jak Bedoes wykorzystuje swoją rozpoznawalność wspierając Fundację Cancer Fighters, i że mimo lat w tym świecie dalej jest tym samym Bedoesem – szczerym ze światem i z samym sobą.
Na artystach ciąży ogromna presja i myślę, że pozostanie w tym wszystkim człowiekiem i nie zatracenie swoich wartości, może być wyzwaniem.
Mam wrażenie, że Twoje rozterki i ciągłe szukanie balansu to właśnie przejaw takiej zwykłej, ludzkiej strony, czegoś, co jest w każdym z nas, zwłaszcza kiedy jesteśmy młodzi i wciąż próbujemy znaleźć swoją drogę. Czy Ty też tak to widzisz?
Zdecydowanie tak. Ja też cały czas szukam i popełniam błędy. Czasami jest tak, że bardzo poświęcam się pisaniu scenariusza i tej artystycznej drodze, że zaniedbuję inne sfery życia, a to właśnie one dają mi światło i siłę.
Dlatego próbuję w tym wszystkim nie zatracić siebie i tego wewnętrznego motoru, który napędza mnie do działania, do dzielenia się energią i do dawania ludziom odwagi, by marzyć, ale też by być wyrozumiałym wobec siebie i innych.
Mam w głowie mnóstwo projektów. Jednym z nich jest musical osadzony w Tatrach. Jest to historia górala, który jest sierotą i pracuje jako fryzjer. Zakochuje się on w córce swojego ojca chrzestnego, patodewelopera. Dzielę się tym pomysłem, bo naprawdę w niego wierzę i czuję, że warto mówić głośno o swoich marzeniach.
z Filipem Zarębą rozmawiała Zuzanna Śnieżyńska
fot. Klaudia Kot


