Bezkompromisowy twórca, legenda światowej kinematografii i ikona irlandzkiej kultury – wszystkie te role łączy w swojej karierze Jim Sheridan. Pochodzący ze „Szmaragdowej Wyspy” reżyser, scenarzysta i producent jest uznawany w środowisku filmowym za jednego z najwybitniejszych humanistów współczesnego ekranu. Artysta ten odgrywa kluczową rolę podczas tegorocznej edycji Mastercard OFF CAMERA, gdyż nie tylko dołączył do grona laureatów nagrody „Pod Prąd”, ale również przedstawił festiwalowej publiczności przedpremierowo swój najnowszy film pt. „Werdykt”. Mieliśmy okazję porozmawiać ze słynnym twórcą o jego pracy nad tą produkcją, a także poruszyć tematy dotyczące obrazu współczesnego kina oraz wyzwań stojących przed młodymi filmowcami.
Twoja kariera trwa już ponad 40 lat, a Twoje filmy zdobyły łącznie kilkanaście nominacji do Oscara. Jaka jest najważniejsza lekcja, jaką wyniosłeś ze wszystkich swoich doświadczeń?
Myślę, że najważniejsze to być sobą, nie udawać i nie próbować dopasować się do cudzych wyobrażeń. Dziś jednak trudno przetrwać w świecie filmu, bo bardzo się rozproszył. Uważam też, że w kinematografii kluczowy jest rozpęd – jeśli coś się udaje, to trzeba to dalej rozwijać, bo branża ta opiera się właśnie na dynamice.
Ty również nie zwalniasz tempa, o czym świadczy Twój najnowszy film „Werdykt”, mający swój przedpremierowy pokaz na naszym Festiwalu. Jakie to było uczucie reżyserować film i jednocześnie w nim grać?
To było bardzo interesujące doświadczenie, a jednocześnie bardzo wyzwalające. Ktoś powiedział mi ostatnio w którymś z wywiadów, że przypomina mu to Tadeusza Kantora, który zawsze był na scenie z aktorami. Nie myślałem o tym w ten sposób, ale to interesująca perspektywa. To trochę jak kierowanie czymś od środka, zamiast z zewnątrz.
Na początku naszej rozmowy wspomniałeś, że obecnie trudno jest przetrwać w branży filmowej. Co według Ciebie stanowi największe wyzwanie dla twórców, którzy chcą realizować swoje własne wizje?
Sądzę, że największy problem polega na tym, że młodym twórcom trudno utrzymać się z robienia filmów. A to będzie miało naprawdę daleko idące konsekwencje w przyszłości. Myślę, że filmowcy będą musieli najpierw znaleźć widownię, a dopiero potem nakręcić film, a nie na odwrót. Będą musieli wiedzieć, gdzie znajduje się ich docelowa publiczność.
Jaką radę dałbyś więc filmowcom, którzy pragną zaistnieć w kinie niezależnym?
Radziłbym zacząć od tworzenia krótkich materiałów, w których po prostu opowiadają, o czym jest ich film, a następnie ich publikacji na YouTubie czy TikToku. W ten sposób będą w stanie zebrać reakcje i sprawdzić, jak historia oddziałuje na widzów oraz czy w ogóle znajdą się na nią odbiorcy, zamiast pochopnie pracować nad scenariuszem.
Podczas tegorocznej edycji Mastercard OFF CAMERA otrzymałeś nagrodę „Pod Prąd”, przyznawaną artystom, którzy podążają własną ścieżką. Co ta nagroda dla Ciebie znaczy?
Cóż, ta nagroda jest świetna, bo w pewnym sensie pokazuje, że nie jesteś kimś, kto bezrefleksyjnie podąża za korporacyjną rutyną, że nie robisz tylko tego, czego oczekują studia czy co przynosi zyski. Zawsze robiłem tylko to, co sam chciałem robić, może raz czy dwa nakręciłem amerykańskie filmy według gotowych scenariuszy. Ale ogólnie rzecz biorąc, po prostu lubię szukać historii, które mnie pasjonują i które są mi bliskie. Tym się właśnie kieruję.
Aleksandra Kubas
fot. Klaudia Kot


