Dwukrotny zdobywca Złotych Lwów przywiózł w tym roku na Mastercard OFF CAMERA swój najnowszy, wielokrotnie nagradzany film. Przed projekcją “Ministrantów” rozmawialiśmy z Piotrem Domalewskim o wyzwaniach podczas realizacji tego obrazu, jego odbiorze wśród osób blisko związanych z Kościołem, a także o tym, czy wierzy, że jego filmy mogą zmienić świat.
W swoich filmach często oddajesz głos “Polsce B”. W “Cichej nocy” przeniosłeś nas do otoczonego błotem domu na uboczu, potem było emigracyjne “Jak najdalej stąd”, “Hiacynt”, a teraz rozgrywający się w małym miasteczku film “Ministranci”. Czy czujesz się specjalistą od polskich, powszechnych, ale często też przemilczanych spraw? Skąd wzięła się u Ciebie wrażliwość społeczna, i kiedy się ona objawiła?
Mówiąc szczerze – nie wiem, czy jestem od tego specjalistą; mam nadzieję, że w przyszłości będę miał szansę pokazać również szerszy horyzont. Wydaje mi się, że na początku drogi człowiek powinien opowiadać o rzeczach, z których on wynika, albo które wynikają z niego. Ja sam jestem z tak zwanej “Polski B”, jestem z tych środowisk i miejsc, o których opowiadam. To, że w ten sposób rozpocząłem swoją drogę reżyserską, wydaje mi się uczciwe. W takim miejscu się wychowałem i takich ludzi opisuję w swoich filmach.
“Ministranci” to film o zwykłej, pokrzepiającej dobroci, która przeciwstawia się przemocy i negatywnym zjawiskom, które powinniśmy wyrzucić z przestrzeni publicznej i prywatnej. Czy masz poczucie, że Twoje filmy mogą zmieniać świat?
Byłoby fajnie, gdyby kino miało taką moc – ale boję się, że to się nie dzieje. Jako odbiorcy jesteśmy bombardowani treściami i twórcom coraz trudniej nawiązać szczery dialog z widzami. Sam jestem przede wszystkim odbiorcą treści, i te związane z kulturą są tylko promilem w stosunku do wszystkich, które non stop dostajemy – z telefonu, komputera, telewizora, radia, a nawet banerów.
Wydaje mi się, że kiedyś kultura miała większy wpływ na społeczeństwo, ponieważ ilość bodźców była znacznie mniejsza. Jeden plakat w kluczowym punkcie miasta mógł stać się ponadczasowym symbolem. Dobrym przykładem jest tu słynny plakat filmu “Czas apokalipsy” na kinie Moskwa w Warszawie w stanie wojennym – zdjęcie tego plakatu zostało właśnie taką ikoną.
Dziś jednak nawet jeśli uda się nawiązać taki rodzaj dialogu z widzami, to jak długo jakieś hasło, myśl, problem rezonuje w percepcji odbiorcy? Dwie, trzy godziny? Do czasu następnego newsa. Wydaje mi się, że film nie jest w tej kwestii odmienny od pozostałych dziedzin sztuki.
W “Ministrantach” głównymi bohaterami uczyniłeś czwórkę dzieci, młodych chłopców. “Okiełznanie” takiego grupowego bohatera było dla Ciebie wyzwaniem reżyserskim, czy też scenariuszowym?
Jeśli chodzi o poziom wyzwania to rzeczywiście było to dla mnie coś nowego. Młodzi ludzie mają swoją energię, która jest wielką wartością, i trzeba umieć tę energię zagospodarować na potrzeby dramaturgii, którą opowiadamy. Gdy zaczynałem pracę nad filmem nie miałem jeszcze świadomości jak złożonym wyzwaniem będzie praca nad powstaniem filmu. Teraz już tę świadomość mam i na pewno wzbogaciło mnie to jako reżysera.
Gdybyś wtedy wiedział to, co wiesz teraz w tej kwestii, zdecydowałbyś się na ten projekt ponownie?
Gdyby film “Ministranci” nie powstał, to na pewno chciałbym go zrobić jeszcze raz i w takiej sytuacji ta wiedza, którą zdobyłem znacznie ułatwiłaby mi pracę nad nim.
Jakie głosy otrzymałeś od osób duchownych, lub mocniej związanych z Kościołem, już po premierze filmu?
Bardzo duża grupa osób popiera wydźwięk “Ministrantów”, który – szczególnie w finale – jest dla Kościoła krytyczny; ale jest też inna, równie liczna grupa widzów, która się z nim nie zgadza. Zszokowało mnie to, że najwięcej zastrzeżeń wzbudził wśród osób związanych emocjonalnie z Kościołem – o dziwo – wątek podsłuchiwania spowiedzi. Mimo, że sam wywodzę się z tradycji katolickiej, i wychowałem się w rodzinie blisko związanej z religią i Kościołem, to nigdy do głowy by mi nie przyszło, że tajemnica spowiedzi może być aż tak istotna dla osób związanych z kościołem. Szczerze mówiąc dla mnie w ogóle nie jest, a sam sakrament spowiedzi w obecnej formie uważam za głęboko dyskusyjny. Może po obejrzeniu “Ministrantów” kilka osób zastanowi się nad tą kwestią? To mógłby być ten wpływ na rzeczywistość, o którym wcześniej rozmawialiśmy.
Twoje filmy doceniają zarówno jurorzy festiwalowi, krytycy, jak i publiczność, która tłumnie ogląda je w kinach. Jaka jest recepta na to, aby zrobić obraz, który tak szeroko rezonuje z różnymi grupami oglądających?
Ciężko powiedzieć, bo gdyby robiło się film według jakiejś recepty, to byłby on z góry skazany na niepowodzenie. Wydaje mi się, że film trzeba opowiadać przede wszystkim szczerze, a szczerość wyklucza jakiekolwiek kalkulacje. Ja tak staram się robić filmy i cieszę się, że widzowie empatyzują z bohaterami, o których opowiadam.
Obecnie czekamy na Twój film o Grażynie i Jacku Kuroniach. W jego podtytule znalazło się sformułowanie “historia miłości”. Czy zwiastuje ono pewnego rodzaju nowe otwarcie w Twojej twórczości, wyjście poza kino społeczne?
Nie do końca. Sposób w jaki widzę rzeczywistość nie zmienia się niezależnie od tego, jakie tematy staram się opowiadać. Zawsze będę skupiał swoją uwagę na człowieku i jego podstawowych emocjach w sytuacji granicznej. W każdym z moich filmów mamy do czynienia z bohaterem, który w swoich realiach mierzy się z ostatecznością. I podobnie jest tu – udało nam się znaleźć taki moment w życiu Grażyny i Jacka Kuroniów, w którym możemy ich przed taką ostatecznością postawić. I o tym będzie ten film.
z Piotrem Domalewskim rozmawiał Miłosz Lewandowski
fot. Filip Radwański


