Zuza Mruk: Twój film miałam okazję zobaczyć przy okazji pokazów kina Nowe Horyzonty już jakiś czas temu i pomimo zawiłości związanych z relacjami między bohaterami zostało we mnie po nim pewne uczucie, taka immersja. Czy myślisz, że jest to film bardziej na czucie, czy jednak w jego odbiorze kluczowa jest psychologizacja postaci?
Emi Buchwald: Myślę, że jest to film na czucie. Im więcej myślę o kinie, piszę i robię filmy, tym bardziej widzę, że psychologizacja postaci nie jest tym, co mnie najbardziej fascynuje w kreowaniu filmowego świata. Oczywiście interesują mnie relacje i ich zawiłość, ale jednak pisząc, kieruję się bardziej czuciem bohaterów i ich reakcji, niż wchodzeniem w rolę psychologa, którym nie jestem. Interesuje mnie taka wręcz dokumentalna obserwacja i przenoszenie na ekran rzeczy, które widziałam, znam i które zapisały się w mojej pamięci pozostawiając emocję i wrażenie. W tym filmie najważniejsze są dla mnie sceny, które wynikają z tego, że bohaterowie zanurzeni są w pewnym wspólnym stanie. Najlepszym tego przykładem jest rozdział, w którym wracają samochodem od rodziców. Łączy ich przeżycie, które buduje między nimi więź jednocześnie wpływając na każdego w inny sposób. To bliskie mi doświadczenie, dlatego jestem w stanie je przełożyć opowiadając poprzez atmosferę, mało tłumacząc. Z tego też wynika rozdziałowość tego filmu. Chciałam, żeby te konkretne momenty powiązały się ze sobą, ale nie do końca w fabularny układ, tylko oparty na łączeniu wrażeń i stanów, tak jak czasami montuje się dokumenty.
Zuza Mruk: To niedopowiedzenie i pozostawienie widza w takiej przestrzeni do interpretacji, bez narzucania swojej własnej, to jest coś bardzo bliskiego teatrowi. W szczególności mam tu na myśli teatr pantomimy. Sama szukam w kinie połączenia tych dwóch form, filmowej i teatralnej. Za co najbardziej cenisz teatr? Czy szukasz w nim inspiracji i próbujesz łączyć te dwa światy, których wspólnym centrum jest aktor?
Emi Buchwald: U nas takim, myślę, że najwyraźniejszym połączeniem między teatrem a kinem jest obecność Izy Dudziak w roli Nastki, która robi niesamowite rzeczy w spektaklach teatralnych, ale teraz coraz częściej będziemy mogli ją zobaczyć w kinie, co mnie bardzo cieszy. Pierwszy raz zobaczyłam ją w „Moim roku relaksu i odpoczynku” Kasi Minkowskiej. Myślę, że teatr daje możliwość odklejenia się od linii fabularnej, do której bardzo przywiązane jest kino. Jesteśmy przywiązani do klasycznej struktury, na której oparta jest większość filmów, i czasami nawet za bardzo się na niej koncentrujemy. Dlatego często filmy opowiadają historyjkę, a zapominają o tym, że mogą dotknąć jeszcze różnych innych warstw, które wiążą się z doświadczeniem, jak mówisz, immersyjnym. Mamy tyle środków, które w teatrze są często bardziej kreatywnie wykorzystywane jako element opowiadania – scenografia, kostiumy, światło. W filmie często upraszcza się te elementy tak, żeby stały się jakimś realistycznym światem. A w rzeczywistości nie do końca istnieje coś takiego jak jeden wspólny świat. Mimo że żyjemy w tym samym kraju, to dla każdego jest on trochę czymś innym. Nie ma sensu tego ujednolicać, tylko opowiadać o tej bardzo żywej części, którą znamy i na którą możemy otworzyć widzów, a ci, którzy znają akurat ten skrawek, mogą tam siebie spotkać.
Zuza Mruk: My jesteśmy w stanie na bazie swoich przeżyć, swoich doświadczeń wyczytać w tym filmie właśnie to, co nas intryguje, interesuje i właśnie na tym polega wypełnianie tej luki, która nieczęsto jest w kinie taka oczywista. Na ile przedawniła się dziś wzajemna troska w naszym społeczeństwie, tego nie wiem, ale wydaje mi się, że pytanie o czucie jest tutaj czymś niezwykle istotnym. Jaka jest twoja diagnoza, nie jako psycholożki, tylko jako reżyserki i skąd pojawił się motyw pytania „jak się czujesz”?
Emi Buchwald: Pracując nad tym filmem, mocno opierałam się na relacjach, które znam. W tym znanym mi, najbliższym świecie, troska o drugiego człowieka jest czymś naturalnym. Ale w naszym filmie jest też elementem zależności między bohaterami. I właśnie – dla niektórych spełnia się tutaj potrzeba opowiadania o ludziach, którzy dbają o siebie. Dla innych walka bohaterów o siebie nawzajem staje się czymś przytłaczającym. W końcu oni próbują pomóc temu drugiemu nie pytając, czy ta druga osoba tego potrzebuje. Faktycznie, może w dzisiejszym świecie nie jest oczywiste, że myślimy o sobie i martwimy się o siebie. Gdybym zrobiła film według algorytmów i według tego, co w dzisiejszym świecie jest tematem, to pewnie zrobiłabym film o ludziach, którzy są daleko od siebie, przestali się komunikować. W naszych bohaterach jest potrzeba wspólnoty.
Jana mówi: “A ja bym chciała, żeby ktoś mnie czasem o to zapytał. Zdarza mi się wiedzieć jak się czuję”. To pytanie jest symboliczne. Może być przejawem troski, empatii, ale równocześnie stać się inwazyjne, kontrolujące. Może mieć wielką moc, a może być zupełnie pozbawione znaczenia. Podejście do niego mocno określa położenie każdego z czwórki filmowego rodzeństwa.
Zuza Mruk: Tak jak w kinie, powinniśmy przekraczać te granice, więc dobrze, że je zadajemy. Tym relacjom i więziom w filmie towarzyszy również przestrzeń. Pokazałaś taką stronę Warszawy, której wcześniej nie znałam, przestrzeń, w której trochę jak w lesie, pomiędzy drzewami można się ukryć, i nie mam tu na myśli samego mieszkania. Czy podczas kręcenia filmu zależało ci na uchwyceniu konkretnego rytmu albo tempa miasta?
Emi Buchwald: Tak, zależało mi na tym, żeby opowiedzieć o Warszawie, którą znam ja, moje rodzeństwo, moi przyjaciele, i o miejscach, w których naprawdę się poruszamy, które są żywe. Te większe miasta mają to do siebie, że składają się z iluś różnych miast i to od nas zależy, które z nich wybierzemy, co chcemy przez ten wybór opowiedzieć.
Dla mnie Warszawa jest miejscem, w którym przeszłość i przyszłość są bardzo intensywne i równoległe. Nastka mówi, że „to miasto jest w ciągłym rozpierdolu”. Z autorem zdjęć Tomkiem Gajewskim i scenografkami Ewą Mroczkowską i Zosią Wilczkowską, szukaliśmy przestrzeni w budowie, dodaliśmy też jej sporo w warstwie dźwiękowej z reżyserką dźwięku, Olą Landsmann. Nasi bohaterowie są w podobnym stanie, przebudowują siebie i swoje relacje. Miasto wpływa na ich poczucie zagubienia i niepokoju, ale ich działania również potęgują chaos w przestrzeni miejskiej. Będąca w ciągłym biegu Nastka jest tego najlepszą emanacją.
Zuza Mruk: Takie symultaniczne rozwijanie się. Bardzo zaciekawiła mnie postać, którą zagrała Karolina Rzepa, czyli postać najstarszej siostry. Jej bohaterka, choć daje rodzeństwu bardzo dużo, sama mierzy się z poważnymi problemami. Jak pracowałaś nad tą postacią? W jaki sposób wytworzyłaś jej relacje z innymi?
Emi Buchwald: To jest najstarsza siostra, która zbudowała sobie najsilniejszy świat poza rodziną. W prologu filmu, kiedy rodzeństwo śledzi swojego brata, Franka, zaznaczamy temat każdego z nich. Jana dowiaduje się, że będzie robiła wystawę. Benek, który zainicjował interwencję, dostaje ataku paniki. Nastka, rozbita z powodu swojego brata bliźniaka, rozładowuje emocje na przypadkowym człowieku. Franek z kolei, będący w dystansie od reszty rodzeństwa, zajmuje się swoimi sprawami.
Mimo że Jana siedzi za kierownicą starego, rodzinnego samochodu, jest głową gdzie indziej. Jest młodą artystką, dużo pracuje, prawdopodobnie nie tylko nad wystawą, ale robi też freelancerskie rzeczy, żeby się utrzymać. Jest w bezpiecznym dystansie do tego, co dzieje się z rodzeństwem i kiedy oni jej potrzebują, przychodzi z pomocą, ale stara się aż tak bardzo nie angażować. Do momentu, kiedy Franek kradnie Benkowi aparat — wtedy na chwilę przejmuje inicjatywę. Znam ten motyw – nawet jeśli jesteś silna i wydaje ci się, że jesteś poza pewnymi sprawami, to nie jesteś w stanie funkcjonować w takim trybie na dłuższą metę.
Jednak to nie rodzeństwo powoduje jej rozpad, tylko pomaga jej wyjść z sytuacji kryzysowej. Benkiem ciągle ktoś się opiekuje, a w pewnym momencie to on musi zaopiekować się najstarszą, wsiąść za kierownicę i podjąć decyzję, co będzie dla niej najlepsze. To jest o przewrotności i zmianie w ich relacjach. Na początku filmu, kiedy ustalają treść wspólnej wiadomości do Franka, Jana proponuje: „Ile ty masz lat, zatrzymaj się i porozmawiajmy”. Na co Benek mówi: „Bez ‘ile ty masz lat’, bo co to ma za znaczenie?”. Dochodzimy do momentu, w którym faktycznie nie ma znaczenia, czy jesteś najstarszą siostrą, czy najmłodszym bratem. Nasi bohaterowie, często nieświadomie, dążą do chwili, kiedy role, które przyjęli w dzieciństwie, przestają mieć znaczenie.
Zuza Mruk: To taki proces liminalny, faza przejścia. Wolność wydaje mi się bardzo mocno widoczna w sposobie narracji, który opiera się na realizmie magicznym. To jest zdecydowanie wyczuwalne w przypadku tego filmu i myślę, że też w kontekście twojej twórczości. Jak ważna jest dla ciebie bajka i sposób opowiadania o magii?
Emi Buchwald: Ten film faktycznie można nazwać bajką o czwórce rodzeństwa osadzoną w realizmie. Bardzo zależało mi na tym, żeby Dusiołek, który wprowadza element metafizyczny, pojawił się przy okazji, tak po prostu. Nie chciałam otaczać go aurą niesamowitości, miał być naturalnym elementem świata, w którym żyjemy. Mam poczucie, że ta warstwa istnieje, tak samo jak intuicyjne czucie czy komunikacja, tylko musimy chcieć zwrócić na to uwagę. W naszym filmie, poza nocną marą, do sfery nieopisywalnej należy również przywoływanie siebie poprzez myśli lub zwracanie uwagi na konkretne elementy rzeczywistości. Nie jestem fanką klasycznego realizmu magicznego, ale bliskie jest mi podejście np. Alice Rohrwacher, włoskiej reżyserki, w której surowym, bliskim włoskiemu neorealizmowi świecie bohater „La Chimery” czuje obecność grobów Etrusków pod ziemią, a „Szczęśliwy Lazzaro” w niewytłumaczalny sposób wraca do żywych.
Zuza Mruk: Co w procesie twórczym cenisz najbardziej? Który jego etap jest, jeśli w ogóle, choć trochę dla ciebie skomplikowany, a w którym czujesz, że płyniesz?
Emi Buchwald: Największą przeprawą zawsze jest scenariusz, bo to proces, który trwa najdłużej i możesz wszystko. To czas spędzony w towarzystwie białej kartki, która intensywnie na ciebie patrzy. Do pewnego momentu możesz nie mieć ograniczeń czasowych, możesz pisać latami. To w końcu stworzenie czegoś, całego świata, z niczego. W ostatnich latach najwięcej czasu spędzam właśnie na tym etapie. W związku z tym plan staje się świętem, oddechem, wspólnym przeżyciem. Ogranicza nas czas, dlatego wiemy, że musimy wykorzystać go jak najlepiej. Z kolei montaż to konkret, a konkret też lubię. To w końcu jakieś poczucie bezpieczeństwa.
Zuza Mruk: Masz za sobą nie tylko wspomniany już pełnometrażowy debiut, ale także kilka filmów krótkometrażowych, jak „Echo” czy „Piękna łąka kwietna”. Czy jest coś, co odkryłaś w pracy nad tym projektem o kinie, ale też szerzej o samym procesie twórczym, czego wcześniej nie dostrzegałaś?
Emi Buchwald: Myślę, że krótkie metraże były dla mnie kluczowe w poszukiwaniu kręgu moich tematów, w zrozumieniu, jak chcę opowiadać i jaki rodzaj współpracy mnie interesuje. Nauczyły też, żeby się nie bać. W związku z tym, że filmy są odbierane przez publiczność, łatwo się przejąć, szczególnie na początku, tym, co ludzie mówią. A często nie przewidzisz, na czym się skoncentrują w kontekście twojego filmu i w jakim obszarze się przyjmie. Ostatecznie opinie są tak różne, że jedyną osobą, na której możesz polegać, jesteś ty. Jeżeli działasz ze środka, z trzewi, to wiesz, dlaczego to robisz. A jeżeli zaczniesz myśleć o tym, czego oczekują od ciebie inni, to nie będziesz mogła później tego obronić. No chyba że robisz to dla swojego rodzeństwa, to jest inna sprawa.
Zuza Mruk: Czego Ci życzyć?
Emi Buchwald: Żebym mogła dalej robić niezależne kino, takie, jakie chcę, żeby były na to środki i żeby rzeczy dobrze układały się w głowie.
Zuza Mruk: W takim razie tego i żeby, pomimo realizmu magicznego i wielu niedopowiedzeń, wszystkie słowa w głowie i na papierze układały się po literach.
z Emi Buchwald rozmawiała Zuza Mruk
fot. Robert Słuszniak


