Powrót króla rocka |„Bohemian Rhapsody”
Image
Rami Malek w filmie „Bohemian Rhapsody”

Od śmierci frontmana legendarnej grupy Queen minie w tym roku 27 lat. Aż tyle fani Freddiego Mercury'ego musieli czekać na sfilmowanie jego burzliwego, ale niezwykle fascynującego życiorysu. Teraz wiadomo na pewno, że świetnie zapowiadającego się biopic artysty wejdzie do  kin na początku listopada. Dlaczego warto jeszcze trochę uzbroić się w cierpliwość? Sprawdźcie w porywającym zwiastunie „Bohemian Rhapsody”.

Filmowo-muzyczne widowisko będzie skupiać się wokół najważniejszych wydarzeń w historii zespołu. Z trailera dowiedzieliśmy się, że twórcy produkcji zdecydowali się opowiedzieć m.in. o kulisach nagrywania największego przeboju Queen – „Bohemian Rhapsody”, występie na koncercie Live Aid w 1985 roku czy jednej z imprez urodzinowych Freddiego Mercury'ego, o której do dziś krążą legendy. Na srebrnym ekranie zobaczymy też, jak powstawały słynne krążki grupy, w tym „A Night at the Opera” czy „Hot Space”, a przede wszystkim usłyszymy znane na całym świecie oryginalne kompozycje Bryana Maya i jego kumpli. Fani zjawiskowego głosu i urzekającej osobowości Mercury'ego też nie będą zawiedzeni, ponieważ postać uwielbianego na świecie idola figuruje jako centralny punkt całej fabuły. Za jej scenariusz odpowiada autor skryptu do „Teorii wszystkiego” (2014) Anthony McCarten.

Choć trailer wygląda bardzo obiecująco, perypetie towarzyszące realizacji filmu, w który od początku bardzo zaangażowali się żyjący członkowie grupy, nie wyglądały już tak różowo. „Bohemian Rhapsody” to bowiem jeden z tych tytułów, który przez lata tkwił w fazie preprodukcji. O ekranizacji losów najsłynniejszej kapeli wszech czasów mówiło się już w 2010 roku. Wówczas za aktorską kreację Freddiego Mercury'ego miał odpowiadać kojarzony głównie z rolami komediowymi Sacha Baron Cohen, a produkcją filmu zamierzał zająć się Graham King, który ma na swoim koncie pracę przy takich kinowych działach, jak „Aviator” (2004) i „Infiltracja” (2006). Z powodu wielu nieporozumień z muzykami Queen, obaj panowie ostatecznie zrezygnowali z udziału w „Bohemian Rhapsody”, a wcielenie się w wokalistę zespołu proponowano później m.in. Benowi Whishawowi, którego widzowie znają przede wszystkim z nowych filmów o Jamesie Bondzie. Gdy i Brytyjczykowi nie udało się sprostać oczekiwaniom rockowych ikon nadzorujących próby scenariuszowe powstającej fabuły, zaproszenie do współpracy otrzymał wreszcie gwiazdor serialu „Mr. Robot”, jak i pokazywanego na naszym festiwalu filmu „Buster's Mal Heart” (2016), Rami Malek.

Patrząc na ogromne podobieństwo aktora do ekscentrycznego Mercury'ego, można zaryzykować twierdzenie, że wybór młodego artysty najprawdopodobniej okaże się strzałem w dziesiątkę. O tym jednak będzie można przekonać się dopiero 2 listopada, kiedy film wejdzie do kin. Kogo jeszcze zobaczymy na ekranie? Ben Hardy znany z „X-Men: Apocalypse” (2016) wcielił się perkusistę Queen, Rogera Taylora. Briana Maya zagrał pochodzący z Wysp aktor filmowy i telewizyjny Gwilym Lee, a za rolę basisty kapeli, Johna Deacona, odpowiada Joe Mazzello, którego możecie kojarzyć z „The Social Network” (2010). Na drugim planie pojawią się także: Mike Myers, Lucy Boynton i Aaron McCusker. Za sterami kamery stanął natomiast Dexter Fletcher, który zastąpił na tym stanowisku Bryana Singera zajmującego się również (m.in. obok Roberta De Niro) produkcją „Bohemian Rhapsody”.

Warto dodać, że zmiany w ekipie wywołały swego czasu sporo kontrowersji, ponieważ zwolnienie pierwotnego reżysera nastąpiło po tym, jak został on oskarżony o molestowanie seksualne i – na domiar złego – zaledwie na dwa tygodnie przed zakończeniem głównych prac na planie. Nad przyszłością filmu zgromadziły się więc wówczas czarne chmury. Na szczęście Fletcherowi, który ma w planach także sfilmowanie życiorysu Eltona Johna, udało się bardzo sprawnie dokończyć dzieło i przyspieszyć datę premiery, którą planowano początkowo na grudzień 2018. Teraz możemy już podziwiać oficjalną zapowiedź oraz plakat do filmu, co każe myśleć, że nic nie powinno już stanąć przeszkodzie, by fani kapeli wreszcie otrzymali długo wyczekiwane kinowe widowisko o swoich ulubionych idolach, a Freddie – należny mu filmowy hołd. W końcu... show must go on.

 

Paulina Januszewska