Małe kobietki oczami Grety Gerwig
Image
fot. kadr z filmu "Little Women" 1994

Po sukcesie „Lady Bird” – reżyserskiego debiutu Grety Gerwig – twórczyni powróci z kolejną opowieścią skupioną na kobiecych bohaterkach. Tym razem będzie to ekranizacja „Małych kobietek” – powieści Louisy May Alcott z XIX wieku.

Obsada filmu nie jest jeszcze w pełni potwierdzona, jednak rozmowy były już prowadzone z Emmą Stone, Saoirse Ronan oraz Timothee Chalametem. Swój udział potwierdziła już Meryl Streep. Taka gwiazdorska ekipa oznaczałaby ponowne, po „Lady Bird”, spotkanie Gerwig z Ronan oraz Chalametem. Wszystko wskazuje na to, że możemy liczyć na zapowiadanych aktorów. Streep niedługo zakończy zdjęcia do drugiego sezonu serialu HBO – „Wielkie kłamstewka”, a nadchodzące premiery („Mary Queen of Scots”, „Beautiful Boy”) z młodą kadrą aktorską – Ronan oraz Chalametem – będą miały premiery tej jesieni.

Powieść Louisy May Alcott – historia czterech sióstr dojrzewających w czasach wojny secesyjnej w Massachusetts – doczekała się niejednej adaptacji. Największą popularnością cieszy się wersja z 1994 roku. Wyreżyserowała ją australijska twórczyni – Gillian Armstrong. Powieść skupia się na czterech młodych bohaterkach. To historia o nastoletniej przyjaźni, niezależności oraz miłości. Opowieść przedstawiona jest również z perspektywy, powiedzmy, feministycznej. Dawny patriarchalny model rodziny zostaje zachwiany przez wyjazd ojca sióstr na wojnę. W „Małych kobietkach” rządzą tylko dziewczyny. Powieść natychmiastowo przywołuje utrwalone już obrazy – ciemne mieszkanie oświecone blaskiem świec, długie loki, atmosferę pełną sekretów i pierwszych, skradzionych namiętności. To również obrazy przywołujące takie filmy jak „Piknik pod wiszącą skałą” (1975, reż. Peter Weir), czy „Przekleństwa niewinności” (1999, reż. Sofia Coppola).

Jednak w zapowiadanym filmie Grety Gerwig ciężko sobie wyobrazić kobiecość odzianą w białe suknie, skupioną na rytuale rozczesywania lśniących pukli. Gerwig ukazuje dojrzewanie w rytmie alternatywnej piosenki pop. Dojrzewanie, które jest zwyczajne, ale jednocześnie lekko sentymentalne, nieco rozgorączkowane. Jednak ta „kontrolowana histeria” widoczna w bohaterkach Gerwig (zarówno w „Lady Bird”, jak i w „Mistress America”, w którym to Gerwig odpowiadała za scenariusz) nie nosi na sobie znamion patriarchalnych stereotypów. Neurotyczność pisana jest w tym przypadku na nowo – może być narzędziem emancypacji, częścią osobowości, bądź po prostu pewnym elementem danego etapu życia, kiedy decyzji i zmian jest po prostu zbyt wiele. Tym bardziej, jej wersja „Małych kobietek” może okazać się wielce intrygująca, zupełnie różna od poprzednich ekranizacji.

Pozostaje nam z niecierpliwością czekać na więcej szczegółów. Jeśli Ronan i Chalamet rzeczywiście wcielą się w literackich Jo i Laurie, z pewnością możemy spodziewać się mocnych wrażeń. Nie tylko tych wizualnych.

Julia Smoleń