Gangster w spódnicy?
Image
fot. kadr z filmu "Ghost in the Shell"

Kobieta, która wolała być znana z bycia mężczyzną – wygląda na to, że tak właśnie jawi się nowe aktorskie wyzwanie Scarlett Johansson. Blond piękność nieraz udowodniła, że jej silnym bohaterkom z bronią do twarzy. A jak sprawdzi się w męskim garniturze i świecie, gdzie zasady wytycza Al Capone? Zdaje się, że przekonamy się już wkrótce!

Scarlett Johansson współpracowała wcześniej z Rupertem Sandersem – w 2017 roku wspólnie stworzyli wszak aktorską wersję „Ghost in the Shell”, słynnego anime z lat 90. Tym razem jednak ten duet radykalnie zmienił artystyczny kierunek i z krainy mrocznego science-fiction przeniósł się do rejonów kryminalnego biopiku. Bohaterką „Rub & Tug” będzie zupełnie niezwykła postać kobiety, która w latach 70. i 80. ubiegłego wieku zbudowała w Pittsburghu sieć salonów masażu. Szybko przekształciła się ona w imperium ekskluzywnych domów publicznych, a jej właścicielka stała się poważaną jednostką w gangsterskim półświatku. W tym policyjnym zaś – pierwszą poszukiwaną.

Ta historia być może wcale by się nie zdarzyła, a na pewno nie byłaby aż tak nietuzinkowa, gdyby nie fakt, że ta bizneswoman spod ciemnej gwiazdy swoje królestwo zbudowała dzięki... przyjęciu męskiej tożsamości. W Pittshburghu owa kobieta o słusznej posturze, nosząca z upodobaniem krótką fryzurę i eleganckie garnitury, znana była przede wszystkim jako Dante „Tex” McGill. Przez wiele lat otwarcie żyła w lesbijskim związku z Cynthią Bruno, którą poślubiła na Hawajach. Jeszcze zanim McGill wkroczyła na ścieżkę przestępstwa, miejscowy „The Pittsburgh Press” nagrodził ją tytułem zarówno Kobiety, jak i Mężczyny Roku. Wybór ten uzasadniono tym, że jest ona perfekcyjnym uosobieniem androgyni, wyrażanej na niespotykaną skalę. Jak pisano, łączy w sobie smykałkę do biznesu, seksualną ambiwalencję i unikalne oko do mody. Zdaniem dziennikarzy, czyniło ją to nawet postacią bliską Michaelowi Jacksonowi!

Czy Johansson kreująca McGill na wielkim ekranie zapewni nam równie mocne brzmienie jak niegdyś Król Popu? O tym przekonamy się pewnie za jakiś czas, a póki co głośno jest przede wszystkim właśnie o obsadowym wyborze Ruperta Sandersa. W środowisku filmowym podnoszone są głosy sprzeciwu wobec stygmatyzującego traktowania transseksualnych artystów, a na Twitterze zawrzało od negatywnych komentarzy pod adresem samej Johansson. Jamie Clayton, znana z netflixowego „Sense 8” czy „Neon Demon” (2016) Nicolasa Windinga Refna, na swoim koncie na TT wezwała reżyserów do dopuszczenia transpłciowych aktorów i aktorek do grania ról powiązanych z ich wyborami dotyczącymi własnej tożsamości. W nieco bardziej agresywne tony uderzyła choćby Trace Lysette, która również przyłączyła się do bojkotu Johansson w mediach społecznościowych. Pojawiły się też skrajne opinie, według których marvelowska Czarna Wdowa specjalnie tak steruje swoją karierą, by „kraść” interesujące role wszystkim zmarginalizowanym grupom społecznym. Scarlett Johansson błyskotliwie odniosła się do tych zarzutów, radząc, by te osoby udały się do Jareda Leto czy Felicity Huffman i właśnie ich poprosiły o komentarz. Przypomnijmy – Huffman i Leto byli nominowani za swoje role w (odpowiednio) „Transamerica” (2005) i „Witaj w klubie” (2013). Ta przewrotna riposta nie rozwiązuje jednak problemu, obok którego trudno przejść obojętnie. Choć adresatem tych krytycznych uwag nie powinna być żadna z wymienionych gwiazd, to nie sposób podważyć ich słuszność. Zdecydowanie muszą one za to trafić do sumień reżyserów i producentów filmowych. Gdzie bowiem znajdzie się lepsze miejsce do wywieszania flagi równości i wolności oraz przestrzeń do ćwiczeń ze znoszenia niepotrzebnych różnic, jeśli nie w kinie?

Monika Żelazko

fot. kadr z filmu "Ghost in the Shell"