4 powody, by pokochać kino Brunona Dumonta
Image
"Szaleństwo Joanny d'Arc"

Śmieszy, tumani, przestrasza. Skandalista szokujący milczeniem, szukający krzyku i histerycznego śmiechu w spojrzeniu swych bohaterów. Na ekrany polskich kin właśnie wchodzi rockowy musical „Jeannette. Dzieciństwo Joanny d’Arc”, a sam reżyser już w sierpniu otrzyma nagrodę za całokształt twórczości na festiwalu filmowym w Locarno. Czym urzeka kino Brunona Dumonta? Poniżej kilka dowodów na to, że w tym szaleństwie jest metoda!

#religia
Dumont mówi o sobie, że jest ateistą – mimo to (albo może właśnie dlatego) w swoich filmach lubi dotykać tajemnicy wiary. Duchową krucjatę rozpoczął na ekranie już przy okazji debiutu o znaczącym tytule „Żywot Jezusa” (1997). Pomysł wziął się z głośnej książki Ernesta Renana, w której Chrystus został przedstawiony jako lider ruchu religijnego, nie zaś Bóg. Reżyser odwraca tę sytuację i spogląda na Freddy’ego, zupełnie zwyczajnego chłopaka z prowincji, przez pryzmat chrześcijańskiego cierpienia i świętego pierwiastka. Niejednokrotnie zestawia również postać nastolatka z figurą Jezusa, ironicznie podchodząc do ludzkiej egzystencji, która co i rusz wydaje się ponurym żartem Boga. W tym świecie obowiązuje starotestamentowa zasada „oko za oko, ząb za ząb”, która miast ulgi przynosi tylko więcej rozgoryczenia. Bohaterowie opowieści nie widzą jednak dla siebie innej drogi, grzęzną więc coraz bardziej w pułapce beznadziei i małomiasteczkowej nudy. Wokół religii krążą też dwa inne dzieła Dumonta – „Poza szatanem” (2011) i „Hadewijch” (2009), niefortunnie przetłumaczona na język polski jako „Wierząca” (podczas gdy jest to imię przybrane przez pewną dziewczynę).

#przemoc
Choć Bruno Dumont chętnie stosuje w swoich dziełach długie ujęcia, a jego bohaterowie prędzej rozpaczliwie milczą niż rozdzierają ekran krzykiem, jednym z jego znaków rozpoznawczych jest brutalna przemoc. Widać to już w debiucie, a przedłużeniem tego wydaje się „Ludzkość” (1999), nagrodzona w Cannes Złotymi Palmami dla najlepszych aktorów, gdzie głównym bohaterem wstrząsa straszne znalezisko - ciało zgwałconej i zamordowanej dziewczynki. Reżyser nie oszczędza nam penetrujących zbrodnie ujęć, jednak prawdziwym spektaklem zezwierzęcenia jest dopiero „Twentynine Palms” (2003). Nad tym kinem drogi podążającym za parą młodych, wiecznie nienasyconych kochanków, złowieszczo unosi się duch Michaela Hanekego, a honorowy mecenat nad produkcją mógłby spokojnie objąć Pier Paolo Pasolini. U Dumonta bezpardonowa przemoc właściwie zawsze idzie w parze z seksem, czego najbardziej wyrazistym spełnieniem jest właśnie ten tytuł. Niezwykłe zespojenie dla tej tematyki stanowi „Flandria” (2006), która przeplata wątki powszedniej egzystencji miejscowej dziwki z codzienną rzeczywistością żołnierzy walczących na froncie, do złudzenia przypominającym wojnę w Wietnamie. Full Macho Jacket kontra feminizm!

#szaleństwo
Galeria postaci z filmów Brunona Dumonta to niecodzienna plejada freaków. Francuski reżyser uwielbia współpracę z naturszczykami, których dobiera na podstawie szczególnych kryteriów. Większość z nich, nawet jeśli ostatecznie w toku fabuły nie okazują się osobami dysfunkcyjnymi, odznacza się specyficzną fizjonomią, mogącą budzić skojarzenia z cechami charakterystycznymi dla choroby umysłowej. Dumont ma zresztą na koncie tytuł, którego akcja wprost rozgrywa się w ośrodku dla obłąkanych, gdzie faktycznie – z woli rodziny - trafiła rzeźbiarka Camille Claudel. Klasycznie piękne, natchnione oblicze Juliette Binoche, która wcieliła się w tę postać, zdecydowanie wyróżnia się na tle twarzy pozostałych pacjentek. Tym samym, jednym z tematów „Camille Claudel, 1915” (2013) staje się ponownie poczucie wyobcowania, pewnego wykluczenia ze zbiorowości, z którym tytułowa bohaterka mierzy się w sposób odwrotny w zestawieniu z typową jednostką u Dumonta. Kobieta - mimo fizycznego piękna, które stanowi ważny czynnik akceptacji w grupie - doświadcza bólu usunięcia poza nawias społeczeństwa, na które często są skazani celowo brzydcy ludzie z filmów francuskiego twórcy.

#groteska
Szczególnie ostatnimi czasy stała się chyba ulubionym narzędziem artystycznym Brunona Dumonta. Bez niej nie powstałby przede wszystkim najnowszy tytuł „Jeannette. Dzieciństwo Joanny d’Arc”, jednak przedpole w tej kategorii stanowią „Martwe wody” (2016). Komedia z intrygą kryminalną, osadzona w północnej Francji roku 1910 to miejscami doskonale wygrane, a miejscami nieznośnie irytujące starcie arystokracji i prostego ludu. W stronę tragifarsy po mistrzowsku skręca również miniserial „Mały Quinquin” (2014), gdzie także obserwujemy śledztwo dwóch inspektorów, ale oczami małego chłopca. Tylko u Dumonta msza święta może stać się bardziej wywrotowa niż koncert rockowy, a życie mieszkańców wioski bardziej fascynujące od tożsamości mordercy. Najnowszym eksperymentem w materii tragifarsy jest brawurowy musical, skupiający się na wczesnych latach życia wspomnianej francuskiej świętej. Hagiografia w rytmie gitarowych brzmień i z chórem roztańczonych zakonnic? Biegnijcie pomodlić się do kin!

Monika Żelazko