KOŚCIUKIEWICZ: Sława? Niewiele o niej wiem
Image
MATEUSZ KOŚCIUKIEWICZ
Description

Monika Żelazko: Czy czujesz się wciąż nomen omen twarzą grupy aktorów młodego pokolenia?
Mateusz Kościukiewicz: Myślę, że nie. Taka idea jednolitej grupy pokoleniowej parę lat temu odeszła na dalszy plan dla moich kolegów i to niestety nie zafunkcjonowało tak, jak sobie o tym marzyłem. Każdy z nas idzie swoją drogą.

Twój bohater w "Twarzy" mimowolnie staje się znaną, rozpoznawalną postacią w lokalnej społeczności. Często grywasz jednostki, które się z tym mierzą, jak na przykład na boisku w "Gwiazdach", próbują ją zdobyć ciemnymi drogami jak w "Amoku" czy zyskują sławę niespodziewanie, jak właśnie w Twoim ostatnim filmie. Jak Ty sam spoglądasz na zjawisko "gwiazdorstwa" w środowisku filmowym?
- Moim zdaniem to zjawisko w aktorstwie jest głęboko związane z ruchem komercyjnym - i tak też jest to u nas odbierane. Wiąże się najczęściej z udziałem w jakimś bardzo znanym serialu, w masowym produkcie. Ja od początku założyłem sobie, że praca w tym zawodzie będzie skupiona nie wokół jednego, dwóch, trzech sezonów, tylko to jest taki kontrakt na całe życie. W miarę nabywania doświadczenia i utwierdzania się w tym wiem, że trzeba być po prostu cierpliwym, trzeba czekać na dobre role. A kiedy już przychodzi do samej pracy - dawać z siebie wszystko, bo efekty przychodzą po latach. Widownia filmów, w których najczęściej gram, ma dość specyficzny charakter. Pozostaje przy tym bardzo lojalna, za co jestem jej głęboko wdzięczny. Dlatego też nigdy nie miałem problemów związanych z normalnym życiem i tego będę się jednak trzymał, bo dzięki temu mogę robić to, co chcę. Mogę robić to, co lubię, to, co kocham, mogę w to wkładać wszystko, co potrafię i przy okazji jakoś zwyczajnie żyć.

A jak to jest być gębą gombrowiczowską? Czy w ogóle się nią czujesz i w ten sposób postrzegasz formę "Twarzy"?
- Film jest integralnym dziełem. Mój udział w każdej produkcji jest jedynie pewnym elementem, nad każdym z nich pracuje bardzo dużo osób, które poświęcają na nie bardzo wiele ze swojego życia. W tym mieści się nasze uniwersalne założenie, szczególnie tych, którzy robią kino arthouse'owe. Żeby te filmy coś znaczyły, żeby te filmy poruszały, żeby wzburzały, wzbudzały dyskusję. Oczywiście, ta przysłowiowa gombrowiczowska gęba gdzieś tu jest. Ale by wiedzieć, o czym mówimy, trzeba też troszkę być zanurzonym w kulturze i tradycji. Zresztą, podobnie - aby oglądać filmy arthouse'owe, też trzeba być na bieżąco. Wiedzieć, co to jest rumuńska czy grecka nowa fala, znać tradycję kina francuskiego, rosyjskiego, niemieckiego, włoskiego, skandynawskiego i również naszego polskiego, które zawsze było bardzo ważnym elementem kultury filmowej. Dzisiaj po długiej przerwie wreszcie wraca na arenę europejską jako ważny składnik jej tożsamości. Ja jestem najczęściej aktorem, więc mój udział w tym jest taki, że daje postaciom swoją twarz. Czasami jest to gęba, czasami morda, a czasami buzia. Tak naprawdę to jest moja praca i staram się to zadanie wypełnić najlepiej, jak potrafię.

No właśnie - najczęściej występujesz jako aktor, ale masz na swoim koncie również scenariusz do przebojowego "Disco Polo" w reżyserii Macieja Bochnaka. W tym filmie, podobnie jak w "Twarzy", mamy do czynienia z nieco baśniową formułą mówienia o Polsce. Czy wydaje Ci się, że to jest właśnie ten kierunek, w którym powinniśmy dziś podążać w portretowaniu naszego kraju?
 - 
Niekoniecznie. W życiu filmowca zawsze jest taka potrzeba, żeby posługiwać się różnymi gatunkami, by kolejne tytuły, które się robi, były jakimś następnym krokiem na drodze kariery czy w rozwoju artystycznym. Ta formuła na pewno jest bardzo kusząca, a także obiecująca, bo zapewnia ogromną wolność twórczą. Kino jest jednak przebogate w różne inne wspaniałe formy i naprawdę mamy z czego korzystać. Dlatego ja zawsze powtarzam: tylko robić filmy, tylko kręcić. To jest to, co my umiemy robić i co chcemy robić, to jest sens naszego życia.

Obecnie pracujesz znów nad nowym projektem z Maciejem Bochnakiem. Czy "Magnezja" też będzie szła w stronę postmodernistycznego karnawału?
- To projekt, który się przede wszystkim wydarzy - a to wielki sukces w życiu filmowca, scenarzysty, aktora. Film, o który się walczy przez wiele lat dochodzi do momentu, gdy masz tą pewność, że on zaistnieje, dojdzie do jego realizacji. "Magnezja" opowiada historię przemytników na granicy polsko-bolszewickiej po wojnie. Mamy tu bardzo dużo silnych kobiecych bohaterek. To będzie oczywiście nasza głęboka fantazja: ten świat jest wykreowany, więc powróci potencjał szaleństwa, który ujawniliśmy wcześniej. Na pewno pójdziemy w kierunku odwagi, braku strachu w przełamywaniu pewnych schematów, które gdzieś w tym kinie starają się nas ograniczyć. Bardzo czekam na ten projekt. To jest trochę jak z dzieckiem: powoli się rodzi, a jak już sam film powstaje, to musi odejść z domu i zacząć żyć własnym życiem.

Pozostając przy tematyce sławy...
- Ja niewiele w sumie o tym wiem (śmiech).

Dlatego też pytam o Twoich bohaterów: zbrodnia i kara czy sława i confetti? Co jest dla Ciebie ciekawsze aktorsko?
- To bardzo trudne pytanie, ponieważ wyznaję taką filozofię, że zajmuje się tymi rzeczami, którymi mam się zająć. Nie zastanawiam się specjalnie nad jakimiś rolami, więc przygotowuje sobie zawsze wcześniej taką bazę charakterologiczną z różnymi typami, na których można już budować konkretne postaci. Mam też taką zasadę, że jako filmowiec nie mogę odmawiać pracy innym filmowcom, racji bytu ich samych i ich projektu. Uważam więc, że należy się spotkać z każdym, kto przedstawia jakąś propozycję - niezależnie od tego, czy jest się wstępnie zainteresowanym, czy nie. Nigdy nie wiadomo, co z takiego spotkania może wyniknąć. Jeśli z danym reżyserem znajdujemy wspólny język, wspólną płaszczyznę porozumienia i widzimy, że ta współpraca może podnieść wartość tego filmu - podejmuję się roli bez względu na postać. Ona stanowi proces twórczy, a z kolei sama produkcja to proces wielu kompromisów i trudnej walki o zdobycie budżetu. Polskie kino jest głęboko niedofinansowane - średni budżet jest tu na poziomie debiutu lub niezależnego kina zachodniego, a dla nas to wciąż ogromne pieniądze. Grając główne role, muszę też zmierzyć się z odpowiedzialnością za pracę wielu ludzi, za czyjeś nadzieje, ambicje Zawsze trzeba dać z siebie naprawdę wszystko, dlatego też ja dokonałem takiego wyboru, że staram się nie grać za często. Wolę robić dłuższe przerwy, żeby mieć ten czas, tą energię i żeby móc się przygotować odpowiednio do danego projektu.

Na koniec przewrotne pytanie: co powiesz o twarzy Małgorzaty Gorol?
- Małgosia debiutuje na ekranie dość późno, jak na nasze pokolenie, ale ten debiut po trzydziestce przytrafił jej się w świetnym otoczeniu. Bo zadebiutować u Szumowskiej to, jak sądzę, duża wartość. U Małgosi role są zawsze bardzo silne, wyraziste, mocne. To dobre kreacje i myślę, że od pierwszego do ostatniego planu naprawdę każdy aktor może być zadowolony - z siebie, z pracy, którą wykonał i dobrego wyboru. Debiut jest zawsze wyjątkową rolą w karierze. To trudny moment, kiedy debiutant przychodzi na plan - zwłaszcza, kiedy ekipa jest ze sobą zgrana i zżyta przez kilka ostatnich lat, filmów. Wszyscy oczekują, co ten aktor przyniesie, co pokaże. Małgosia przyszła na plan i od razu fantastycznie odegrała jedną z kluczowych scen. Przyszło jej to z wielką łatwością, lekkością, co jest wysoką wartością na planie filmowym - wtedy szybciej się idzie do przodu. Byłem z niej dumny, bo to też moja koleżanka ze szkoły. I mimo że w tym świecie filmowym dzieli nas doświadczenie, to jako zdobywczyni wielu nagród w środowisku teatralnym nie przyszła znikąd. Ma bogaty, bardzo indywidualny warsztat, wyraziste warunki fizyczne, co też nie jest oczywiste w naszym kinie. Aktorzy charakterystyczni zawsze mają trochę ciężej niż ci obsadzani w stereotypowych rolach amanta bądź amantki. Ten pierwszy krok Małgosi był utwierdzeniem jej pozycji i na planie, i w zawodzie. To było bardzo ciekawe spotkanie.

 

Rozmawiała: Monika Żelazko

 

 

fot. Kamila Szatan