Przed projekcją filmu “Brat” Macieja Sobieszczańskiego podczas 19. edycji Mastercard OFF CAMERA rozmawialiśmy z reżyserem o historii powstawania tego obrazu, filmowej energii i zaufaniu na planie, a także o rzemiośle, sztuce i pięknie.
Wracasz na festiwal Mastercard OFF CAMERA po ośmiu latach – w 2018 roku Twój debiut “Zgoda” walczył tutaj w Konkursie Polskich Filmów Fabularnych. Czy ten czas był wypełniony pracami nad nowym filmem?
Głównie tak. Pracowałem nad dwoma filmami jednocześnie, jednym z nich jest “Brat”, a drugim “Przez ścianę”, które w tym roku będzie miało swoją premierę. Po drodze przytrafiła nam się jeszcze pandemia, więc trzy lata zeszły na rzeczy, które były niespodziewane.
Od czego zaczęła się historia filmu “Brat”?
W Szkole Filmowej w Łodzi, na kierunku scenariopisarstwa, prowadziłem zajęcia, na których studenci rozwijali swoje pomysły krótkometrażowe. Na początek mieli za zadanie zaproponować pięć pomysłów, z którego wybieraliśmy jeden, nad którym będziemy pracowali przez cały rok. Grzegorz Puda przyszedł do mnie z pojedynczą sceną: wychowująca samotnie dwóch synów matka przygotowuje w niedzielę uroczysty obiad dla mężczyzny, który miał ją odwiedzić. Interesujące było to, że ta historia była przedstawiona z perspektywy dorosłych już synów, a na końcu okazywało się, że opowiadają ją, bo pamiętają ostatni raz kiedy ich matka się uśmiechała – tydzień później odebrała sobie życie.
To był bardzo interesujący punkt wyjścia dla filmu, ale pomyślałem sobie, że trzeba w jakiś sposób uratować tę rodzinę – musimy coś wymyślić, żeby historia nie kończyła się z założenia tragicznie. Następnie wybraliśmy na głównego bohatera nie matkę, ale starszego z jej synów. Z tego wyszła piętnastominutowa, ciekawa opowieść. I gdy po “Zgodzie” szukałem jakiegoś interesującego materiału, to pomyślałem o tym scenariuszu Grzegorza. Po pierwsze dobrze nam się razem współpracowało, a po drugie – dla mnie najważniejsze – świat, który stworzył, był mi bardzo bliski, bo sam wychowywałem się w podobnym ustawieniu rodzinnym. I dzięki temu, pomimo dzielącej nas różnicy wieku, mogliśmy się porozumieć na ten temat.
Jak wyglądało kompletowanie obsady tego filmu?
Poszukiwanie aktorów do filmu to oddzielna sztuka. Ja sam robię casting, i robię go w szczególny sposób – całość trwa kilka, a nawet kilkanaście miesięcy. Staram się dobierać aktorów profesjonalnych i nieprofesjonalnych tak, aby zebrać obsadę złożoną z niespodziewanych, a czasem nawet zupełnie sprzecznych energii. Ten długi proces początkowo wynika z tego, jakie postaci są wykreowane w scenariuszu, a potem adaptuję scenariusz na osoby, które udało mi się do danego filmu zaprosić. Więc częściowo szukam ludzi, których napisałem, a częściowo ludzi, którzy chcieliby ze mną zrobić ten konkretny film i posiadają potrzebną do tego energię.
Szukanie obsady do “Brata” było dla mnie trudne, wymagające, i też wielopoziomowe. Najpierw skoncentrowałem się na młodych judokach – wiedziałem, że nie będziemy mieli szansy nauczyć żadnego młodego aktora tego, jak zachowuje się, pracuje ciało judoki. Jest to rzecz niemożliwa, bo to rodzaj energii, którą można nabyć tylko dzięki długotrwałemu treningowi. Wszyscy chłopcy i dziewczynki, którzy zagrali u mnie w filmie, trenują judo od trzeciego roku życia – i dzięki temu mają w sobie niepodrabialną energię sportowca. Z siedmiuset-ośmiuset dzieci wybrałem grupę dwudziestu kilku, a z niej szóstkę, która zagrała w “Bracie”.
Szukałem ich po energii, wyobraźni, otwartym sercu i zaufaniu – którym starałem się ich obdarować, ale oni też mi je ofiarowali. Było to dla mnie bardzo szczególne, bliskie spotkanie. W “Bracie” opowiadamy o podmiotowości dzieci i ona też była dla mnie najbardziej istotna na planie – to, żeby dzieci czuły się zauważone, najważniejsze – bo takie właśnie były.
To zaufanie pozwoliło Ci osiągnąć efekt ich naturalności w “Bracie”?
W filmie one nie wyglądają jakby były naturalne, one są naturalne. To delikatna, ale ogromna różnica – nie imitujemy świata dzieci, my go po prostu przywołujemy, wydobywamy z nich. W polskich filmach dzieci często grają sztucznie, ale nie dlatego, że nie są zdolne, tylko dlatego, że nie są traktowane partnersko. Oczekuje się od nich efektu, a mnie interesował proces i jak najgłębsze w nim uczestnictwo; efekt jest skutkiem ubocznym procesu. Jeśli w danej produkcji nie ma czasu, żeby wybrać odpowiednie dzieci, a później z nimi pracować, to one to czują – to są pełnoprawni ludzie, mają takie same emocje i ten sam rodzaj rozumienia rzeczywistości. Energia na planie jest wspólna i nie płynie ona tylko z jednej strony – to, co reżyser i produkcja dadzą dzieciom, one nam oddadzą.
Agnieszka Grochowska dołączyła na bardzo wczesnym etapie powstawania tego filmu. Jak duży był jej wkład w konstruowanie jej postaci?
Agnieszka jest po prostu fenomenalną aktorką. Moją metodą pracy nie jest szukanie rezultatu i nie mówię aktorom, co mają grać. Moje zadanie jako reżysera polega głównie na tym, aby stworzyć przestrzeń wszystkim ludziom, którzy biorą udział w filmie. Nie tylko aktorom, ale również scenografom, kostiumografom – wszystkim. Szukam ludzi, którzy nie lubią, kiedy reżyser mówi im co mają robić – szukam twórców, którzy przychodzą ze swoim własnym światem i wyobraźnią. Spotykamy się na idei, którą ja powołuję do życia, ale proszę ich o to, aby wypełnili tę przestrzeń. To oni robią film – ja tylko pilnuję, aby ich wrażliwość mogła w nim zaistnieć. To jest mój sposób pracy.
Czujesz się rzemieślnikiem kina?
Absolutnie nie. Widzę siebie raczej jako poetę – niekoniecznie tylko kina. Rzemiosło jest oczywiście istotne, ale mnie uwodzi piękno, i jest dla mnie wartością, że potrafimy jako ludzie je odnaleźć. Wolę coś co jest niedoskonałe, ale jest w tym wewnętrzna prawda, którą chce ktoś przekazać – nawet niekoniecznie wydobyta na zewnątrz. Kino może być czymś więcej niż rzemiosłem.
Oczywiście, że żeby robić rzeczy, które są trudne, muszę znać język kina, i to na wiele różnych sposobów. Cenię bardzo rzemiosło, ale nie boję się słów “artysta”, “sztuka”. Nie boję się też wymagać od historii, filmu czy książki bycia czymś pięknym, wyrazistym, ponad nasze życie – czymś wyjątkowym.
Czekamy na Twój kolejny film, “Przez ścianę”; wracasz w nim do trudnych czasów powojennych. Mają one w sobie jeszcze dużo historii wartych opowiedzenia?
“Przez ścianę” to przede wszystkim piękna historia o miłości, a o niej można opowiadać wiele razy, na różne sposoby. Opowiem historię miłości w bardzo trudnych czasach, wbrew wszystkiemu. Zbigniew Herbert pisał “za wszelką cenę trzymamy się wątłej jasności” i o tym właśnie będzie ten film – o uczuciu, które zrodziło się pomiędzy dwojgiem młodych ludzi w więzieniu, i którzy w tych okolicznościach próbują je ocalić za wszelką cenę. To opowieść o świętej miłości, która pozwala nam przetrwać.
z Maciejem Sobieszczańskim rozmawiał Miłosz Lewandowski
fot. Filip Radwański


