Starymi fotelami, będącymi świadkami niejednej miłosnej historii i wielu złamanych serc? A może popcornem, który kiedyś był, ale już go nie ma? Może kroplami czarnej kawy, pitej naprędce podczas wieczornego seansu lub słonym zapachem łez, gdy brakło chusteczek do ich wytarcia? Zapachy, podobnie jak filmy, potrafią nieść za sobą historie. Robią to w bardzo wyrafinowany sposób, bo nie wszystkie tajemnice będzie nam dane odgadnąć – jednak już sama próba jest nie lada przygodą. Zanurzcie się z nami do świata onirycznych doświadczeń, mgieł bez wyraźnych kształtów, za to wielu obietnic – ulotnych nut głowy oraz definiujących charakter – nut serca.
Jeszcze nie udało się co prawda wymyślić sposobu na transfer zapachu przez szklany ekran, jednak twórcy bardzo sprytnie sobie z tym radzą. Bo przecież są takie sceny, w których jesteśmy w stanie przysiąc, że czujemy zapach jedzonych przez bohaterów potraw lub miejsc, w których się znajdują. Wydaje nam się, że czujemy dojrzewające na słońcu owoce, albo wręcz perfumy bohaterów. Czasem brutalnie uderzają nas turpistyczne obrazy, które wdzierają się nam do nosa, choć wcale ich tam nie chcemy. Podobno zapach nie jest czymś, co można namalować, ale to tylko teoria. Filmowcy pokazują nam magiczną sztukę, w której każdy aromat ma swoją barwę, a nawet dźwięk, bo nie zapominajmy, że najwięcej się widzi, gdy zamknie się oczy.
Gra zapachami to bardzo wysublimowany sposób na zabawę z widzem. Spójrzmy choćby na „Pachnidło” (reż. Tom Tykwer), w którym Jan Baptysta Grenouille (Ben Whishaw) poszukiwał tego najpotężniejszego zapachu, poprzez uwodzący „Zapach kobiety” (reż. Martin Brest), a kończąc na filmie stworzonym przez jednego z najważniejszych twórców zapachów, czyli „Samotnym mężczyźnie” Toma Forda, będącym aż tak aromatycznym dziełem, że można kupić perfumy pachnące tym filmem – smutkiem i garstką radości ze wspomnień, bo naznaczonych ogromną stratą. Artystów mami wizja tego, co można osiągnąć przez zapach – opętać kogoś do tego stopnia kilkoma akordami, by obezwładnić go na łopatki zaledwie tylko pobudzając jego węch. Zapach to szalenie potężna broń.
A czym pachnie Mastercard OFF CAMERA? Z pewnością świeżością, bo taki zapach ma odwaga – jest zapachem wiatru, świeżo skoszonej trawy, świata po deszczu i słonego morza. Ma także zapach Hagi, bo to zapach, który czujemy zaraz po wejściu do Centrum Festiwalowego. Ciepły zapach palonej świecy w najwspanialszych aromatach otula nas spokojem i przenosi w świat marzeń. Marzeń, w których wszystko jest możliwe. Hagi niczym świece babilońskie z „Gwiezdnego pyłu” (reż. Matthew Vaughn) potrafią nas przenieść w odległe krainy zaledwie tylko po zapaleniu knota i pomyśleniu życzenia.
Nie przegapcie warsztatów z naszym Partnerem Lokalnym – Hagi w Miasteczku Filmowym przy Galerii Krakowskiej i poznajcie sekrety robienia olejków. Koniecznie śledźcie też nasze media społecznościowe, bo będziemy mieli dla Was konkurs!
PS. Podążajcie za zapachami!
zdjęcie Kamila Makarewicz
[reklama]


