Tylko kochankowie (i zombie) przeżyją
Image
Fot. Kadr z filmu „Zombieland”

Wydawałoby się, że w plejadzie bohaterów filmów Jima Jarmuscha – wampirów-artystów, emerytowanego Don Juana, zamyślonego poety, osobliwego wcielenia Williama Blake’a – brakuje jedynie opowieści o żywych trupach… Nie trzeba było długo czekać. Amerykański reżyser w swoim nadchodzącym w przyszłym roku dziele, „The Dead Don’t Die” opowie historię właśnie o zombie. W rolach głównych – Bill Murray, Selena Gomez (sic!) oraz Adam Driver.

O nadchodzącym filmie Jima Jarmuscha słychać było już od marca. Bill Murray wspomniał o nim wtedy w jednym z wywiadów. „Przygotujcie się – to film o zombie. Jarmusch jest w trakcie pisania scenariusza. Scenariusz jest bardzo zabawny, a w filmie zobaczymy naprawdę świetnych aktorów. Zdjęcia zaczną się latem. Od razu uprzedzam pytania – ja nie zagram zombie”. Ze zdjęć udostępnionych w sieci można wywnioskować, że aktor wcieli się w rolę policjanta. Obsada filmu Jarmuscha rzeczywiście wydaje się obiecująca. Poza Murrayem, z którym Jarmusch spotkał się na planie „Broken Flowers” (2005), „The Limits of Control” (2009) oraz „Kawa i papierosy” (2003) zobaczymy też innych aktorów, których można kojarzyć z filmografią Jarmuscha.

W filmie zobaczymy Adama Drivera, który wcielił się w głównego bohatera ostatniego filmu reżysera – „Patersona” (2016) oraz Tildę Swinton. Aktorka pojawiała się w filmach reżysera „Truposza” wielokrotnie i zdawałoby się, że jej zdystansowany chłód pasuje do Jarmuschowskiego klimatu perfekcyjnie. Poza główną rolą w „Tylko kochankowie przeżyją” (2013), zagrała również epizodyczne role w „The Limits of Control” oraz w „Broken Flowers”. W „The Dead Don’t Die” zobaczymy również Selene Gomez – przede wszystkim wokalistkę, dotychczas znaną raczej z piosenek o miłości, produkcji miernego serialu dla nastolatek oraz przeciętnej roli w „Spring Breakers” (2012) Harmony’ego Korine’a. Nie da się jednak nie dostrzec zmiany wizerunku Gomez. Wraz z jej nową płytą, w sieci pojawiły się wysmakowane estetycznie teledyski, których reżyserką jest Petra Collins – młoda fotografka i feministka. Gomez zagrała również w jej krótkometrażowym filmie. Zatrudnienie idolki nastolatek nadal wywołuje pewne zdziwienie, ale może Gomez pokaże się zupełnie z innej, niż tej w klimacie Disney Channel, strony. Dystrybutorem filmu jest Focus Features, a dokładna data premiery nie jest jeszcze znana. Padły jednak pewne spekulacje, iż najnowsze dzieło Jima Jarmuscha zobaczymy podczas przyszłorocznej edycji festiwalu w Cannes.

Chociaż szczegóły dotyczące fabuły nie są jeszcze znane, po Jarmuschu z pewnością można się spodziewać nietypowego przedstawienia wizerunku zombie. Reżyser prawdopodobnie oddali widzów od utrwalonych fantazji na temat przerażających żywych trupów, obecnych najczęściej w kinie gatunkowym lub grach komputerowych. I tak jak David Lowery w „A Ghost Story” (2017) opowiedział o duchu, jak o samotnej, błąkającej się po pustych mieszkaniach istocie – a nie jak o zjawisku wywołującym w człowieku paraliżujący lęk –  tak również Jarmusch, prawdopodobnie, przedstawi zombie z bardziej humanitarnej strony.

Owe przekonania nie są zresztą bezpodstawne. Jarmusch snuł opowieść o nieśmiertelności i zmagał się z wyobrażeniami znanymi z popkulturowych wizji już w „Tylko kochankowie przeżyją”. Osadzając akcję w Detroit oraz Tangerze – dwóch, odmiennych od siebie, a jednak o podobnie mrocznej atmosferze, miastach – stworzył historię, w której to co rzeczywiste, przeplata się z niemożliwym. Film o uwikłanych w nieśmiertelność wampirach jest tak naprawdę nieoficjalną kontynuacją innych, poprzednich historii reżysera. To znaczy, mimo odmienności bohaterów (pomiędzy filmami) i ich zdecydowanej oryginalności oraz ekscentryczności trzeba przyznać, że są to postaci zazwyczaj bardzo do siebie podobne – mają tożsame wątpliwości, problemy, cechy charakterystyczne. Zdają się nawet prowadzić podobną codzienność, czy słuchać tej samej muzyki. Co za tym idzie – Jarmusch demitologizuje wampira. Zamiast postaci, która jednocześnie przeraża i uwodzi, obserwujemy bohatera bezbronnego i wycieńczonego codziennością. Takiego, który szybko się irytuje, a czasem nie wierzy w siebie. Ludzkiego.

Jarmusch dokonuje więc przekształcenia wizerunku wampira – z postaci, która w historyczno-kulturowych wyobrażeniach wzbudza lęk, uwodząc jednocześnie; której wizerunek jest erotyczny, wprawia w zachwyt i osłupienie, reżyser stwarza postać wręcz zwyczajną. Zdejmując utrwalone znaczenia z figury wampira, podkreśla bardziej interesujące aspekty, czyli samotność, nieznośną powtarzalność świata, niemożność zakończenia swojego życia.

Myślę, że nie bez powodu dwa nadmienione przeze mnie tytuły – „Tylko kochankowie przeżyją” oraz „The Dead Don’t Die” zdają się być połączone ze sobą w pewien nieoficjalny dyptyk. Jarmusch decydując, kto przetrwa, zdaje się kreować świat fantazji i wyobrażeń wyzbywając się zupełnie wygodnych i utrwalonych obrazów. Bez wątpliwości, zombie Jarmuscha nie będzie podobne do tych, które zabijaliście w Minecraftcie. Ciekawe jednak, jak daleko w swojej kreacji posunie się reżyser – czy będzie czerpać z tradycji wykorzystując cechy zombie znane np. z „Nocy żywych trupów”, wierzeń wyznawców voodoo, a może nawet z samej etymologii słowa „zombie”, które to w języku afrykańskim (a dokładniej kikongo) oznacza „fetysz”? A może reżyser wykreuje zupełnie nowy obraz umarlaka? Możliwe, że wszystko się zmieni. Możliwe, że już nigdy nie będziemy bać się zombie w horrorach – w końcu dowiemy się, że one, tak samo jak my, słuchają piosenek Toma Waitsa, palą papierosy i zastanawiają się, dlaczego życie nie ma sensu.

Julia Smoleń

Fot. Kadr z filmu „Zombieland”