Sweet country [RECENZJA]
Image
Kadr z filmu "Sweet Country"

Peter Weir w ,,Pikniku pod wisząca skałą” dekonstruował mit świata brytyjskiej arystokracji, proponując nowy model tożsamości - australijskiej - opartej na zjednoczeniu z ziemią, naturą. Ponad czterdzieści lat później Warwick Thornton postanawia tę tożsamość rozmontować, u jej podstaw doszukując się aborygeńskiej krzywdy, a ziemię przedstawiając jako zbrukaną krwią. Bo, o dziwo, australijskie kino nigdy dotąd nie zrobiło tego wprost.

W jednej ze scen alegorycznej sekwencji wieńczącej ,,Sweet country”, aborygeński chłopiec przedzierający się samotnie przez scenerię australijskiego outbacku, wyrzuca skradziony wcześniej białemu mężczyźnie kompas. Pewnie dlatego, że jako pierwotny mieszkaniec tych ziem, spirytualnie z nimi związany, nie potrzebuje wynalazków kolonizatora, by odnaleźć drogę. Idąc takim tropem, ów gest mógłby być także wyrazem symbolicznego wyzwolenia z okowów wyzysku, którego złowrogi spektakl obserwujemy na ekranie. Ale znając dalsze dzieje najmniejszego kontynentu, trudno nie wysnuć mniej optymistycznej interpretacji: rdzennych mieszkańców Australii czeka zguba.

Te fatalne przeznaczenie Thornton zobrazował w nagrodzonym canneńską Złotą Kamerą ,,Samson i Dalila” (2009) - filmie, osadzonym w czasach nam współczesnych, którego tytułowi bohaterowie, dwójka zakochanych w sobie nastoletnich Aborygenów, z odciętej od świata społeczności wyrusza do miasta w poszukiwaniu lepszego życia. Można z niego wywnioskować, że zarówno bieda i powszechność nałogów, panująca w aborygeńskiej wiosce zagubionej wśród pustyni, jak i poczucie nieprzynależności dręczące bohaterów, są pokłosiem tragicznej przeszłości, na której fundamentach powstało jedno z młodszych państw na mapie świata.

Trudno więc, by Thornton, niepokorny narodowy wieszcz i spadkobierca Rolfa De Heera, nie pokusił się, by sięgnąć głębiej - zwłaszcza, że, jak sam niejednokrotnie podkreślał w wywiadach, Australia jest wreszcie na taki film gotowa. Cofa się więc do aż do lat dwudziestych ubiegłego wieku, przenosząc na ekran historię Aborygena Sama Kelly’ego, który w samoobronie zabija białego ranczera, Harry’ego Marcha, gdy ten atakuje dom pod nieobecność gospodarza, kaznodziei Freda Smitha. Kelly wraz ciężarną żoną postanawia uciec, a w pogoń za nim ruszają tropiciele. Już w samym opisie historii pobrzmiewają echa gatunkowe - i owszem, Thornton, by ją opowiedzieć, zdecydował posłużyć się ikonografią westernową. W ,,Sweet country” mamy więc i dzikich i bandytów, i kojącą serca kobietę za barem. Z tym, że Australijczyk rezygnuje z charakterystycznej westernowi polaryzacji, kreśląc postaci trudnych do sklasyfikowania w kategoriach ,,dobrych” i ,,złych”. Nie sprowadza aborygeńskich bohaterów do roli zastraszonych ofiar; wśród nich pojawia się też oddany swojemu szefowi Archie, czy wychowany wśród kolonizatorów przebiegły chłopiec, Philomac, który wie, że żeby przetrwać, musi przyjąć reguły gry białego.

O tym, że niewolnictwo to rana nie do zagojenia, bo raz uciemiężony człowiek, odzyskując autonomię, paradoksalnie doznaje ponownej krzywdy, mówił już choćby Lars von Trier w swojej amerykańskiej trylogii. Również Thornton portretuje rdzenną ludność, która sytuuje się pomiędzy - poprzez przebywanie pośród białych traci więzi z aborygeńską tożsamością, ale w oczach kolonizatorów pozostaje gorszą, dziką masą, którą należy ucywilizować. Nawet grany przez Sama Neila lokalny kaznodzieja, postać wyjątkowa, bo traktująca Aborygenów jako równych sobie, wtłacza ich w funkcjonowanie w wierze chrześcijańskiej, tak różnej od ich pierwotnych wierzeń. Wierzeń, których istotą jest symetria i równowaga sił, aplikowana z gruntu boskiego na moralny pod postacią unikania dążeń do przewagi nad przeciwnikiem. Ta postawa znajduje odzwierciedlenie w pasywności obserwowanych na ekranie bohaterów, którzy atakują wyłącznie w obronie własnej, a następnie unikają konfrontacji.

Pozbawiając obraz wartkiej akcji, reżyser znów zrywa z tradycyjną ideą westernu, na rzecz - paradoksalnie, oglądamy przecież pogoń - slow cinema. Zamiast skupiać się na strzelaninach i bijatykach, postanawia, tak jak kiedyś Nicolas Roeg w poetyckim ,,Walkabout” (1971), sprawić, by widz zagubił się w monotonnym australijskim pejzażu i poczuł lejący się z nieba żar. I choć zachwyca haptyczność obrazu, a nam faktycznie zasycha w ustach, Thornton nie do końca wykorzystuje potencjał owej powolności. Nie dostrzega w niej bowiem szansy na rozwinięcie psychologicznych portretów swoich bohaterów, a co za tym idzie, wytworzenia pewnej więzi między nimi a widzem. Trudno nie ulec wrażeniu, że postaci - zarówno białe, jak i czarnoskóre - są w pewnym sensie umowne, będąc reprezentantami danych postaw, których wachlarz musiał, założeniem Thorntona, znaleźć się w fabule. To sprawia, że mimo śledzonych na ekranie okropieństw historii, trudno zaangażować się emocjonalnie w westernową wariację australijskiego reżysera, tym bardziej, że nie dostarcza też przypływu adrenaliny, znanej nam z kina gatunku. Historia, jaka powstała, jest Australii bez wątpienia potrzebna, ale w formie kontemplacyjnego westernu niekoniecznie zdaje egzamin.

Magdalena Narewska