GRA W KLASY | ”7 UCZUĆ”
Image
fot. kadr z filmu

Słynną książkę Julia Cortázara można czytać w nieskończoność i na wiele różnych sposobów. Lektura „Gry w klasy” przypomina bowiem nieustanne układanie dziecięcych klocków, które za każdym razem dają inny efekt. Podobnie rzecz ma się z ambiwalentnym kinem Marka Koterskiego, który – tak jak argentyński pisarz – zabawę planuje raczej dla starszych. Tylko jak to się ma do najnowszego filmu reżysera, w którym dorośli grają dzieci?

Kolejna odsłona życiorysu Adasia Miauczyńskiego cofa nas do jego (myślałby kto!) bezgrzesznych lat, do domu rodzinnego i szkoły podstawowej. W ramach sesji terapeutycznej prowadzonej zza kadru przez głos Krystyny Czubówny, bohater zwiedza wycinki z 400 godzin – bo podobno tylko tyle pamiętamy z tego czasu. Komnata tajemnic dzieciństwa została otwarta! I niczym Harry Potter w drugim tomie swoich przygód, chyba wolelibyśmy do niej nie wchodzić.

„7 uczuć” to pod wieloma względami swoiste „Ferdydurke” srebrnego ekranu. Wszechobecna atmosfera absurdu unosząca się nad szkolnymi korytarzami przywodzi na myśl przypadki Józia Kowalskiego, który wskutek nawiedzenia przez dawnego nauczyciela, profesora Pimkę, nagle znów staje się uczniem gimnazjum. Podobnie jak swój przedwojenny kolega, Adaś, Aldek i inni padają ofiarami „upupiania” ze strony dorosłych. Czy Marek Koterski zasługuje jednak na tytuł Gombrowicza polskiego kina? Obu panów łączy głębokie umiłowanie języka polskiego, w którym zakorzeniają świat przedstawiony w swoich utworach. Autor „Dnia świra” (2002) powiela tu swoją charakterystyczną, synonimizowaną frazę, a dodatkowo zręcznie bawi się zwrotami zapożyczonymi ze świata dzieci. Sprawcza moc słowa najdobitniej zostaje wyrażona w scenie, podczas której Miki – starszy brat Adasia – wraz z kolegami porozumiewa się rodzajem bełkotu, zupełnie niezrozumiałym dla kilkulatka. Dzięki temu prostemu (ale genialnemu, jak powiedziałby tata dwójki chłopców) zabiegowi, widz ostatecznie zapośrednicza swoją perspektywę odbiorczą w dziecku.

Z kolei, posługując się językiem nieco starszej (również pod względem epoki) młodzieży od tej sportretowanej w filmie, można by rzec, że na ekranie rozgrywa się aktorskie party hard. Bo nawet jeśli komuś nie w smak kontrowersyjny pomysł na poprowadzenie tej historii, to zwyczajnie musi uchylić czoła przed plejadą wybitnych artystów, którzy w „7 uczuciach” wystąpili. Zwyczajnie nie ma wyjścia – wszyscy, bez wyjątku, grają wyśmienicie, doskonale. Niemała w tym zasługa castingu, dzięki któremu niemal każdy został obsadzony w roli stanowiącej karykaturę własnego wizerunku utrwalonego w polskim kinie. I tak, Katarzyna Figura gra klasową piękność, Andrzej Chyra charyzmatycznego podrywacza, Marcin Dorociński naczelnego rozrabiakę, a Maja Ostaszewska matkę - polkę. Kroku dotrzymuje im także Michał Koterski, fantastycznie rozhisteryzowany w swojej kreacji małego Adasia Miauczyńskiego. W tej sztubackiej (nomen omen) formie, skrajnie podporządkowanej radykalnej konwencji, łatwo było stać się jej zakładnikiem, wołającym o natychmiastowe uwolnienie. Eksperyment zakrawający na narkotyczny trip rady pedagogicznej w podstawówce, w istocie realizuje odwieczny postulat nauki przez zabawę. Bo, jak to zwykle u Koterskiego bywa, w końcu orientujemy się, że wbrew pozorom i żarcikom, nic śmiesznego w tym.

Sam reżyser określa „7 uczuć” mianem filmu swojego życia. Czuć to w samym zakończeniu dzieła, gdzie Woźna, grana przez Sonię Bohosiewicz, wygłasza brawurowy, przeplatany przekleństwami monolog – manifest o tym, jak powinno się traktować dzieci. Wielu zapewne zarzuci Koterskiemu, że końcowe przesłanie jego filmu wybrzmiewa mniej więcej tak subtelnie, jak ryk Adasia wcielającego się we lwa w szkolnym przedstawieniu na podstawie „W pustyni i w puszczy”. Przewijająca się przez ten obraz w sposób naturalny dziecięca naiwność została tu nagle narzucona zupełnie serio dorosłej bohaterce. I być może to, co przestało nas razić w starych-malutkich postaciach po kwadransie filmu, na powrót rozbiło naszą czwartą ścianę w jego finale. Może jednak trzeba nam dziś takich mocnych słów, dosłownych scen, rozwrzeszczanych głosów. Może takie jest dziś społeczne zadanie kina – by małych Adasiów Miauczyńskich było wśród dorosłych coraz mniej.

Monika Żelazko