ANNA JADOWSKA | WYWIAD
Image
Anna Jadowska

Próbuje się nas zamknąć nas w micie świętej kobiety, strażniczki domowego ogniska, matki Polki, która dla dobra krewnych musi wyrzec się własnej osobowości i potrzeb. Ale całkowite odebranie głosu kobietom jest niemożliwe – mówi Anna Jadowska, reżyserka nominowanych w Konkursie Polskim „Dzikich Róż”.

Paulina Januszewska: Bohaterkę „Dzikich róż” i Panią łączą pewne podobieństwa – doświadczenie macierzyństwa, jak i pochodzenie z małej miejscowości. Czy w jakimś stopniu identyfikuje się Pani ze stworzoną przez siebie postacią?
Anna Jadowska: Nigdy w ten sposób o niej nie myślałam. Wydaje mi się też, że w trakcie procesu powstawania filmu Ewa funkcjonowała w mojej wyobraźni jako całkowicie odrębna osoba. Można powiedzieć, że reprezentuje wszystko to, czym ja nie jestem. Oczywiście włożyłam w nią wiele własnych emocji, ale jako osobowość czy typ kobiety znajdujemy się na przeciwnych biegunach. Myślę natomiast, że z moją bohaterką może identyfikować się wiele współczesnych Polek, które zmagają się z podobnymi problemami.

Scenariusz tworzyła Pani z myślą o Marcie Nieradkiewicz, która wcieliła się w Ewę. Co zadecydowało obsadzeniu tej aktorki w pierwszoplanowej roli?
– Z pewnością wpływ na mój wybór ma fakt, że prywatnie się z Martą przyjaźnimy. Nie ulega też wątpliwości, że jest ona wyśmienitą aktorką i dysponuje wielkim pokładem wrażliwości oraz umiejętnościami koniecznymi do wyrażania pożądanych przeze mnie w tym filmie emocji. Muszę jednak zaznaczyć, że Marta jest całkowicie inną osobą niż moja bohaterka, nie sugerowałam się więc żadnym podobieństwem na poziomie charakteru.

Co innego wygląd – myślę, że jej fizjonomia w jakimś stopniu pomogła mi ucieleśnić wyobrażenie o Ewie. To znacznie ułatwiło mi pracę nad scenariuszem, bo miałam przed oczami konkretną osobę. Myślenie o roli Marty w jakiś sposób mnie niosło. Pisząc, polegam bardziej na intuicji, a nie racjonalnych przesłankach. Oczywiście stworzony materiał zawsze staram się zmierzyć z regułami konstruowania scenariusza, ale zaczynam od procesu czysto twórczego. Sądzę, że Marta i ja w pewnym stopniu przenikamy się w „Dzikich różach”, połączyłyśmy swoje energie i coś sobie nawzajem dałyśmy. Zauważył to nawet mój producent, który po obejrzeniu pierwszych scen stwierdził, że Marta w filmie gra mnie.

„Dzikie róże” pokazują, że kobieta w roli matki i żony może czuć się całkowicie nieszczęśliwa. Nie bała się Pani, że uderzenie w mit wiecznie spełnionej Matki Polki będzie bardzo negatywnie odbierane?
– Wydaje mi się, że ten film mógłby być jeszcze drastyczniejszy i pokazywać znacznie bardziej wyraziście trudne, powszechnie nieakceptowalne wybory kobiet. Natomiast rzeczywiście spotykam się z opiniami, że bohaterka nie powinna się w taki sposób zachowywać. Zdarzało się, że po projekcjach „Dzikich róż” padały pytania w stylu: „o co jej tak naprawdę chodzi?”, „czemu jest nieszczęśliwa, skoro ma wszystko: dom, dzieci, męża, który na nią pracuje”. Ale te reakcje tylko podkreślają skalę problemów Polek. Kobiety w naszym kraju są pozbawione możliwości egzystencjalnego przeżywania. Próbuje się nas zamknąć w micie świętej kobiety, strażniczki domowego ogniska, wspomnianej matki Polki, która dla dobra krewnych musi wyrzec się własnej osobowości i potrzeb. I te klisze, w które się nas bez przerwy wtłacza, są naprawdę bardzo ciasne.

Ale całkowite odebranie głosu kobietom jest niemożliwe. Polska nie jest samotną wyspą, lodowcami odgrodzoną od reszty krajów. Widzimy, co się dzieje na świecie i dajemy sobie sprawę, że można żyć inaczej. Dlatego tak istotne jest pokazywanie – również w kinie – historii, w których kobietom udaje się dokonywać nawet niewielkich zmian i podejmować własne decyzje. To one – małe bohaterki życia codziennego – przekształcają rzeczywistość, robią ferment, który powoduje, że ludzie zaczynają inaczej myśleć, otwierają się na nowe perspektywy. Jeżeli ktoś jest z małej miejscowości zobaczy w telewizji, że kobiety biorą udział w Czarnych Protestach, to bardzo możliwe, że przejdzie wobec tego obojętnie. Ale już wtedy, gdy będzie świadkiem, jak jego sąsiadka, zostawia męża pijaka, nie godzi się na to, by być bita i poniżana, możemy się spodziewać bardziej emocjonalnej reakcji.

Pani film trafnie wytyka polskiemu społeczeństwu pewien paradoks. Otóż z jednej strony rodzina jest uważana za świętość, a z drugiej – żyjemy w rzeczywistości, która całkowicie uniemożliwia jej prawidłowe funkcjonowanie.
– Rzeczywiście ludzie nie są przygotowani emocjonalnie do tego, by wchodzić w głębsze relacje. Zmusza się ich do zakładania związków i brania odpowiedzialności za dzieci, mimo, że sami do końca nie wiedzą, kim są. Rodzinę próbuje się ratować za pomocą politycznych decyzji i społecznych formalności. Ale przecież nie da się systemowo narzucić prawidłowego działania tej grupy. Nie wystarczą wyłącznie finansowe i materialne warunki. Potrzebne są też inne elementy – emocjonalne, psychiczne i zapewniające każdej jednostce przestrzeń osobistą.

Niestety w Polsce kobieta jest tego wszystkiego pozbawiona, zarzuca własne „ja” na rzecz spełniania potrzeb członków swojej rodziny. Efekt jest jednak odwrotny do zamierzonego, bo zamiast stwarzać odpowiednie środowisko dla rozwoju relacji, matki popadają w depresję, czują się wypalone i sfrustrowane. Są pozbawione podmiotowości i decyzyjności. Jeśli nie mogą zapewnić szczęścia sobie, tym bardziej nie obdarzą nim swojego partnera czy dzieci.

„Dzikie róże” to bardzo kameralny i oszczędny w środkach obraz. W jaki sposób udało się Pani stworzyć coś tak intensywnego z pomocą tak minimalistycznej formy?
– Bardzo dokładnie wybierałyśmy z operatorką Małgorzatą Szyłak kolejne elementy składowe filmu. Chciałyśmy, by natura odgrywała istotną rolę w obrazowaniu stanów wewnętrznych bohaterki. W pokazywaniu przyrody mocno zainspirowała nas też czeska fotografka, Jitka Hanzlova. Ale nasze wizje miały wymiar bardzo intuicyjny. Bardzo mi zależało na stworzeniu kompleksowego, złożonego, nie czarno-białego i nieoczywistego portretu kobiety. Pisząc scenariusz, starałam się nie dotykać najbardziej dramaturgicznie ważnych scen, które budują story, tylko pokazywałam drobne, ale bardzo emocjonalne dla mojej bohaterki zmiany i stany wewnętrzne,. Chciałam, by kamera po prostu jej towarzyszyła, a nie skupiała się na poszczególnych wydarzeniach wyjaśniających „kto z kim i dlaczego”. Interesowało mnie, jak czuje się Ewa, a nie to, co się wokół niej dzieje w aspekcie przyczynowo-skutkowym. Nie przywiązywałam też zbyt dużej uwagi do dialogów. Miałam do „Dzikich róż” bardzo dokumentalne podejście i niejako odnosiłam się do tego, co udało nam się z Gosią zrobić w filmie dokumentalnym w „Trzy kobiety”.

Wyrazistą postacią w filmie jest także córka bohaterki, w którą znakomicie wciela się Natalia Bartnik. W jaki sposób została zaangażowana do roli?
– Natalkę dyrektor castingu Piotr Bartuszek znalazł we Wrocławiu. Ona nie miała wcześniej doświadczenia filmowego, jedynie statystowała w „Mieście 44”. Na co dzień zajmuje się sportem –  jest judoczką i zapewne z tego względu ma bardzo zadaniowe, ale też zdecydowane, energiczne podejście do wszystkiego, co robi. Współpraca z nią była bardzo sprawna i owocna, a w kreacji filmowej Marysi w dużej mierze pomogła jej silna osobowość. Sporo w tej kwestii zawdzięczam również Marcie, która ze wszystkimi dziecięcymi aktorami na planie zbudowała niesamowitą więź, stworzyła przyjazne dla nich środowisko, a Natalii pomagała w przygotowaniach do każdej sceny.

Postać Marysi – zbuntowanej i charakternej dziewczynki – daje promyk nadziei, że być może przyszłe pokolenia kobiet wyrwą się w końcu z opresji społecznej, o ile nie dadzą wtłoczyć się w dotychczasowe schematy.
– Po licznych spotkaniach z widzami w całej Polsce zauważyłam, że zmienił się sposób wychowywania małych dzieci. Jeszcze w moim pokoleniu dziewczynkom od najmłodszych lat wpajano, że muszą być zawsze grzeczne, ułożone, rozumne, nie powinny wyrażać gwałtownych emocji ani mieć własnego zdania. Taki schemat zamyka w dziecku emocje oraz pole do eksploracji własnej osobowości. W ten sposób wychowane kobiety – już w dorosłym życiu – często nie słyszą własnego „ja”, tylko zewnętrznie narzuconego im krytyka, który mówi jak mają żyć i się zachowywać, jakie spełniać wymagania. Teraz jest trochę inaczej, zarówno dziewczynkom i chłopcom pozwala się być rozrabiakami.

Nad czym obecnie Pani pracuje?
– Piszę scenariusz o 60-latce, która napadła na bank. To historia inspirowana prawdziwymi wydarzeniami. Chciałabym, by była osadzona w stylistyce czarnej komedii i koncentrowała się wokół postaci tej intrygującej bohaterki – kobiety, która wpadła w straszliwe długi i pod wpływem desperacji dokonała niekonwencjonalnej kradzieży.

Takie protagonistki możemy zobaczyć w większości Pani filmów, co jest miłą odmiana w polskim kinie, bo zwykle, gdy w fabule pojawia się kobieta, to oznacza, że…
– Najpewniej zaraz zdejmie bluzkę.

 

Rozmawiała: Paulina Januszewska

 

fot. Kamila Szatan