03.12.2017
Wybór Stevena | "Zabicie świętego jelenia"
Tragedia antyczna, jako jeden z najdoskonalszych gatunków stworzonych przez ludzkość, mimo archaicznej, sztywnej struktury, nie traci swego statusu gwiazdy na czerwonym dywanie festiwali filmowych, gdzie w blasku fleszy prześwietla się jej garderobę. Na okrutnej scenie wzniesionej przez wyobraźnię Yorgosa Lanthimosa próżno szukać dźwigni uruchamiającej rozwiązanie deus ex machina. Za to ołtarz ofiarny już czeka za kulisami.
Wybór Stevena | "Zabicie świętego jelenia"
Nicole Kidman i Colin Farrell
źródło: materiały prasowe/Monolith Film

Scenariusz pióra enfant terrible greckiej kinematografii, a zarazem jej najbardziej eksportowego nazwiska, został napisany do spółki z Efthymisem Filippou i zdecydowanie prosił się o Złotą Palmę. Libretto do tej makabrycznej opery stanowi „Ifigenia w Aulidzie” i podobnie jak w sztuce o starożytnym rodowodzie autorstwa Eurypidesa, kluczową kategorią będzie rola ofiary. Steven jest wybitnym kardiochirurgiem, ma piękną żonę Annę, również cenioną w środowisku zawodowym okulistkę, której udana kariera nie przeszkadza we wzorowym prowadzeniu domu i wychowywaniu dwójki dzieci. Dość szybko okazuje się, że pod idealnie przystrzyżonym trawnikiem kryją się demony nie gorsze niż w „Blue Velvet” (1986) Davida Lyncha, sypialnia przykładnych małżonków to jaskinia nekrofilskich fantazji, a grzechy zamiecione skrzętnie pod drogi dywan w końcu z niego wychyną, by odebrać swój srogi okup. Święte zasady decorum zostają złamane, a chór rozpoczyna żałobną, kasandryczną pieśń. I miło raczej nie będzie, miło już było.

Złowrogie dźwięki z piekła rodem, które narastają w najbardziej przerażających dla bohaterów momentach, co i rusz przypominają nam, że w gruncie rzeczy mamy do czynienia ze szczególnego rodzaju horrorem. Zapomnieć o tym nie pozwala też przepowiednia, jaką w błyskawicznym tempie przedstawił Stevenowi Martin, dość enigmatyczny chłopak o niepokojącej aparycji i nerwicowych zachowaniach. To jego słowa zsyłają na widza lęk przed nadciągającym nieubłaganie z każdą kolejną minutą filmu fatum, sygnowanym wizualnie choćby krwawymi łzami. Niewyobrażalny ból i poczucie winy konotowane z wyborem, jakiego musi dokonać główny bohater, podziela z pewnością tytułowa żeńska postać z filmu Alana J. Pakuli z 1982 roku. Nagrodzona Oscarem za rolę Zofii Meryl Streep jednak w żaden sposób nie zawiniła wobec (czyjegoś) losu, aby jej dzieci musiały uczestniczyć w samoistnie się rodzącym, horrendalnym konkursie talentów, w której stawka jest większa niż życie.
 

W doskonałej - jak zawsze u Lanthimosa - obsadzie po raz kolejny błyszczy Colin Farrell. Grecki reżyser ponownie dokonuje wprawnych szlifów na tym aktorskim diamencie, choć w kontekście tego, na jakie przeżycia zostają skazane u niego postaci grane przez Irlandczyka, znacznie bardziej na miejscu byłoby mówienie o draśnięciach i zadrapaniach. Farrell, opierając swą grę przede wszystkim na szorstkim minimalizmie, korzysta tu z własnej ekspresji jeszcze rzadziej niż w „Lobsterze” (2015). Niejednokrotnie sprowadza reakcje Stevena do przejawów niespotykanej powściągliwości, dla której ścieżkę wydeptują jego skołatane nerwy. Jednocześnie w każdej niemal scenie wyczuwalne jest napięcie, czyniące z tego bohatera kipiący wulkan skrywanych emocji. Intrygująco wypada tu także postać Anny, żony wybitnego kardiochirurga, w którą wcieliła się znakomita Nicole Kidman. Niczym inna gwiazda mitologii greckiej, Antygona, nie zamierza ona bezczynnie czekać na rozwój wypadków, lecz bierze sprawy w swoje ręce. Niewiele natomiast może zrobić, bo wszystko w przepięknych dłoniach Stevena.

Z kolei Barry Keoghan jako młodociany psychopata wypada tak imponująco, że z całą pewnością mógł swego czasu kumplować się z Peterem i Paulem, czyli słynną parą nastoletnich degeneratów z „Funny games” (1997) Michaela Hanekego. „ - Dlaczego to robicie? - A dlaczego nie? ” – ten przesycony cynizmem, szyderczy cytat z filmu austriackiego mistrza świetnie podsumowuje bezsens okrucieństwa zadawanego przez dwójkę bohaterów. Co prawda Martin, w przeciwieństwie do swoich kolegów, dysponuje bardzo konkretnym motywem dla zbrodni popełnianej w bialych rękawiczkach, jednak nie ma wątpliwości, że bardziej niż o przywoływaną sprawiedliwość chodzi mu o chełpienie się potężną mocą sprawstwa i kontroli. Podobnie i rodzina terroryzowana przez nastoletnie nemezis jest równie bezradna co małżestwo z dzieckiem z „Funny games”. Zło niepostrzeżenie wkracza do ich pięknego domu, ale nie zapominjamy też, że sami je tam wpuścili.


                                Kadr z filmu "Zabicie świętego jelenia" / fot. Monolith Films

Jeżeli więc po premierze doskonałego „Zabicia świętego jelenia” Eurypidesowi należą się pośmiertne tantiemy, to drugim twórcą, u którego Yorgos Lanthimos zdaje się być zadłużony, jest wspomniany Michael Haneke. Bezlitosne, drobiazgowe diagnozowanie na naszych oczach psychopatycznych osobowości, angażowanie widowni w koszmarnie dyskomfortowe sytuacje i chłód bijący z ekranu niczym mroźne powietrze z rzeźniczej chłodni – te wszystkie wyznaczniki morderczego stylu reżysera „Pianistki” (2001) idealnie sprawdziłyby się także jako podpisy w filmowym katalogu greckiego twórcy. Fabuła „Happy endu” (2017), ostatniego dzieła Austriaka, po głębszym namyśle właściwie również zakrawa na antyczną tragedię, w której dość niespodziewanie punkt ciężkości przenosi się na humor, podlany obficie sarkazmem i ponurą groteską. Choć jest to eksperyment całkiem udany, jawnie deklarujący pokłady autoironii trzykrotnego laureata Złotej Palmy, to jednak siłą rzeczy brakuje w tej opowieści narracyjnej werwy i efektu przykucia widza do ekranu kajdankami wykutymi z jego własnych lęków i obaw. To małe rozczarowanie najnowszym tytułem Austriaka z wdziękiem i nomen omen chirurgiczną precyzją rekompensuje autor „Alp” (2011).  Umarł Haneke, niech żyje Lanthimos!

Monika Żelazko

        .