03.12.2017
Serce miłości [RECENZJA]
Ona strzela selfie za selfie w sklepie z artykułami meblowymi, w dziale lamp. Jej bladą twarz oświetla kolorowa żarówka dyskotekowa. On nasłuchuje odgłosów podwórka i slangu sąsiadów. Kopiuje te słowa powtarzając je wyraźnie i skrupulatnie do dyktafonu. Choć to opowieść o ludziach nie z tej ziemi, „Serce miłości” Łukasza Rondudy podejmuje próbę sportretowania współczesnych związków i mieszczańskiego narcyzmu.
Serce miłości [RECENZJA]
Justyna Wasilewska w "Sercu miłości"

Łukasz Ronduda nie odbierał nagród w Gdyni, ani nie oglądał Kieślowskiego na zajęciach w łódzkiej szkole filmowej. Jako kurator Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie jawi się jako twórca nieco oddalony od stricte filmowego świata. Nie bez powodu jego dotychczasowe dwa filmy stykają się z tematem sztuki współczesnej. „Performer” (2015) opowiada o Oskarze Dawickim – polskim artyście multimedialnym, a najnowsze, ukazywane podczas tegorocznej edycji Berlinale „Serce miłości” jest historią związku Wojtka Bąkowskiego i Zuzanny Bartoszek. On jest grafikiem, twórcą rysunków oraz muzyki eksperymentalnej. Ona, młodsza o niecałe dwie dekady, to poetka i autorka performanców, „wychowana na Bąkowskim”. Ich charyzmę i oryginalność niezwykle autentycznie oddali Justyna Wasilewska oraz Jacek Poniedziałek. Za ową swobodę, w tym przypadku słowa, odpowiedzialny jest Robert Bolesto, autor scenariusza. Wraz z Zuzą i Wojtkiem stworzył intymny i bardzo autorski zarys związku. Zresztą, związku zdecydowanie szczególnego. Ma on swoje sprawy, wspólne rytuały, kilka awantur i nieprzespanych nocy przed sobą. Wśród ich sztuki, która pojawia się atakując z każdego rogu dnia, paralelnie snuje się opowieść tej tytułowej miłości.

Bladzi, łysi, kosmiczni, androgeniczni. Na imprezę ubierają się tak samo – w czarny golf i czarne czapki z daszkiem. Na tym podobieństwa się nie kończą. Na tym podobieństwa właściwie się zaczynają. Czują wzajemnie swoją sztukę, a pochłonięci pomysłami zdają się podkreślać, że ich twórczość plasuje się zawsze na pierwszy miejscu. Zuzanna, „samica Bąkowskiego” jak ją dla żartu „Wosiu” nazywa, bywa jednak w sposób chorobliwy i krzykliwy zazdrosna. O jakąś dawną kobietę, o sen, który chce jej ukraść i wykorzystać do własnej twórczości Wojtek, o kolejny pomysł, którego nie chce oddać w ręce „mistrza”. Sfrustrowana, chimeryczna, zakochana – Ronduda kreuje tu bardzo intrygującą figurę kobiety-artystki. Relacja prezentowana w filmie, toksyczna i czuła jednocześnie, bombardowana jest bodźcami sztuki co minutę. A to słowo zasłyszane w autobusie, rozmowa sąsiadów za oknem, lateks ciasno opinający biodra, czajnik, który razi swoim trzeszczącym dźwiękiem…



To życie artystów od kuchni zamiennie fascynuje i odrzuca. Przebranie Zuzanny w stylu sexy lateksowej kobiety-kot, w którym pójdzie na bal vogueingowy robi wrażenie prawdziwie widowiskowe. Pokoje utopione w czerwonym świetle, odradzająca się scena tańca vogue, zabawa strojem jako budowanie tożsamości – to obrazy spektakularne, mieniące się prawdziwą extravaganzą, upierdliwie piękne. Jednak jest to nowy rodzaj piękna. Taki, który ma treść. Z kolei drażnią już falnerskie spacery bohaterów po ekskluzywnych centrach handlowych. Artyści oceniają klasę pretendującą do bycia tą wyższą. Wśród haute couture wyglądają jak przybysze z kosmosu. Są jednocześnie pewną lożą szyderców. Notują swoje przemyślenia na temat konsumpcjonizmu, który jest w tym przypadku pewnym środkiem do zabawy w luksus i narcyzm.

Bohaterowie filmu mają równie orgiastyczny stosunek do narcyzmu, co ludzie przechadzający się w wolnym czasie po gładkich powierzchniach handlowego centra. Oczywiście, objawia się to zupełnie inaczej. Skupieni na sobie i swojej sztuce z ogromną precyzją przykładają się do budowania swojego wizerunku, czy nawet osobowości. W tym przypadku, „ja” wystawione na piedestał staje się już znacznie mniej hermetyczne niż opowieść o dwójce artystów. Eksploracja tysiąca selfie do Internetu, staranie, by na siebie znaleźć na siebie pomysł, by koniecznie zbudować jakiegoś siebie są symptomatyczne dla obecnego pokolenia, jakiejś tam granicy Y i Z, które Internet, egoizm i lekką pretensjonalność wykorzystują jako narzędzia do pracy nad sobą. Ten portret związku – pełnego nieporozumień, urywanych wyjaśnień, niemożności dojścia do kompromisu są dużą częścią współczesnych związków.
Choć kto wie, może tylko sceneria i gadżety się zmieniają, a miłość jest podobna. W końcu poszukiwanie kontaktu, marzenie, by przekrzykiwać się cytatami z tych samych ulubionych filmów ziszcza się w „Sercu miłości”. A takie potrzeby nie są takie znowu nowe i jedynie dziś współczesne.


                                                           Kadr z filmu "Serce miłości"

Co interesujące, jako reżyser „Serca miłości” Ronduda oswaja sztukę współczesną. Jej treść i sens zostaje wyrwana z kuratorskich podpisów pod dziełami w galeriach. Zamiast wernisaży z winkiem, blichtru nowoczesności i elitarności tego świata, w filmie obserwuje się samo źródło tworzenia. Źródło, które jest życiem. To w pewien sposób odmitologizowanie sztuki. Nie tyle zerwanie kurtyny i dokładna eksplikacja jej działania, ale wyjście poza neony, szklane kwadraty i ciche szmery kulturalnych dyskusji, które unoszą się w minimalistycznie urządzonych galeriach. To obraz odwrotny do „The Square” (2017) Rubena Ostlunda, gdzie sztuka współczesna jest co prawda jedynie punktem wyjścia do opowieści o współczesnym społeczeństwie, jednak można zauważyć w jak zimny, daleki, niedostępny sposób została ona zobrazowana. Z kolei sztuka w „Sercu miłości” jest gorąca i namacalna. Bliska i otwarta na poznanie.

W filmowej narracji obecne są głównie kawałki i strzępki. Kilka scen z imprez, wystawa Zuzanny, koncert Bąkowskiego. Obrazy, dopracowane zresztą do prawdziwie estetycznej uczty, mijają się i opowiadają historię z każdej strony zupełnie ignorując przyczynowo-skutkową linearność. To film, która ma w sobie bardziej emocję, niż historię. Ronduda tworzy współczesny, niepatriarchalny melodramat, w którym wszystko toczy się właściwie klasycznym rytmem. Jest fascynacja, łzy i rozstanie. Jednak pulsujące podczas napisów końcowych zdanie – Przejdą mi wszystkie miłości – jest już oddramatyzowane. Sztuka stanowi w „Sercu miłości” formę autoterapii, którą w melodramatach bohaterowie znajdują w innym miłosnym spełnieniu. W filmie Rondudy to spełnienie oraz sens majaczą gdzieś zupełnie indziej, gdzieś daleko. Sami bohaterowie filmu nie wydają się znać drogi do tego szczęścia. Ale Ronduda zdaje się mówić, że to zupełnie nic nie szkodzi. Młode pokolenie, choć często hashtaguje się jako #sadgirlsclub, jakoś sobie poradzi.

Julia Smoleń