12.01.2018
"Pomniejszenie" [RECENZJA]
Pomysł pomniejszenia człowieka do zaledwie 12 cm posłużył Alexandrowi Paynowi do popularnej ostatnio w kinie refleksji nad kondycją współczesnego świata, pogrążonego w kryzysie. Obserwujemy ją z perspektywy niewyróżniającego się z tłumu Paula Safranka. Czy radykalna zmiana, którą podejmie w swoim życiu, będzie w stanie uszczęśliwić głównego bohatera „Pomniejszenia”?
"Pomniejszenie" [RECENZJA]
Kadr z filmu "Pomniejszenie"

Pamiętacie film „Kochanie zmniejszyłem dzieciaki” (1989)? W tej familijnej komedii domorosły naukowiec Wayne Szalinski konstruuje maszynę, która potrafi zminiaturyzować przedmioty. Przez przypadek ojciec dwójki dzieci pomniejsza swoje pociechy, doprowadzając żonę do niemałej apopleksji. Ten lekki, nakręcony pod koniec lat 80-tych film mógł budzić skojarzenia z „Calineczką”, popularną baśnią Hansa Christiana Andersena, w której maleńka dziewczynka przedzierając się przez olbrzymie (z jej perspektywy) rośliny, musiała stawić czoło pazernej ropusze, obłudnemu chrabąszczowi i nudnemu kretowi. W „Kochanie zmniejszyłem dzieciaki” kilkumetrowy trawnik również przysparza bohaterom sporo kłopotów, zamieniając się w pełną niebezpieczeństw dżunglę. W „Pomniejszeniu” Alexadndra Payne’a ludzie sami decydują się na tytułowy – ogólnodostępny i niedrogi – zabieg, który ma przede wszystkim nieść pomoc naszej planecie.

Główny bohater „Pomniejszenia”, Paul Safranek (Matt Damon) to człowiek przeciętny do granic możliwości. Pracuje jako terapeuta zajęciowy w przetwórni mięsa, jest typowym przedstawicielem amerykańskiej niedomagającej finansowo klasy średniej. W jednej z pierwszych scen krótko przyglądamy się jego relacji ze schorowaną matką, potem nieco apatyczną żoną. Czterdziestoletnie małżeństwo słusznie wyczuwa, że potrzebuje zmian. Obserwując decyzje przyjaciół oraz własną, nienajlepszą sytuację ekonomiczną postanawiają razem udać się na modny i korzystny dla wszystkich eksperyment. Są przekonani, że ich komfort życia się zwiększy, a przy okazji pomogą środowisku; same plusy. Nie wszystko jednak pójdzie zgodnie z planem.

Zabieg – pokazany dość pomysłowo – uda się, Paul będzie jednak zmuszony przejść go w pojedynkę. Samotna adaptacja do nowego świata przepływa dość gładko, ale ciągle ciężko mówić o zadowoleniu, do którego dąży nasz bohater. Nowa, boleśnie nudna praca, nieudane randki oraz hałaśliwy sąsiad uprzykrzają życie czującemu wewnętrzną pustkę poczciwemu Paulowi. Lecz to właśnie ekscentryczny Dusan (Christopher Waltz) mieszkający piętro wyżej niespodziewanie stanie się jego towarzyszem niedoli. To on również zauważa, że w pomniejszaniu ludzkości na wielką skalę wcale nie chodzi o dobro planety i jego mieszkańców tylko o czysty biznes. Cegiełkę do tego myślenia dorzuci jego wietnamska sprzątaczka Ngoc Lan Tran (Hing Hau), która uświadomi Paulowi, że utopia małych, szczęśliwych ludzi to fałsz. Skazana na banicję za udział w protestach i pomniejszona za karę kobieta mieszka w slumsach, gdzie bieda i głód aż wyzierają z ekranu.



Payne wtrąca swoje trzy grosze do dyskusji na temat współczesnej demokracji oraz ochrony środowiska, wieszcząc czarny scenariusz dotyczący wyczerpania naturalnych, ziemskich surowców. Wszystko to bardzo słuszne, lecz niekiedy reżyser podaje nam zbyt łatwe rozwiązania problemów, zwłaszcza w kwestii uczuciowego życia głównego bohatera. Oprócz kilku błyskotliwych scen, film posiada szereg niedociągnięć oraz schematycznych rozwiązań. Takim jest niestety wątek Paula i Ngoc Lan Tran, stanowiący w zasadzie główną siłę napędową drugiej części filmu. To, co ratuje niedostatki scenariusza, to aktorka grająca pozbawioną nogi Wietnamkę Hing Hau, nie bez powodu nominowaną do Złotego Globa. Jej rola wprowadza na ekran potrzebną świeżość, mimo sięgania twórców po ograne stereotypy, a scena w której wymienia osiem powodów dla których przeciętny Amerykanin uprawia seks należy do najzabawniejszych. W takich momentach Paynowi udaje się uciec od podnoszącej na duchu roli tego nierównego komedio-dramatu.

Twórcę „Bezdroży” (2004) zajmuje więc przede wszystkim temat niemożności zbudowania idealnego świata, w którym człowiek może być zaprogramowany tylko na robienie dobra i bycia ultra-szczęśliwym. Nie jest to oczywiście nic nowego, podobną satyrę napisał przecież Jonathan Swift w pierwszej połowie XVIII wieku: to już w „Podróżach Guliwera” dużo mówiło się o postawie konformistycznej oraz naszej potrzebie budowy nowego, lepszego świata. „Pomniejszenie” to pochwała humanizmu, naszych ludzkich odruchów w trudnych sytuacjach, potrzeba wyzbycia się uprzedzeń, zwłaszcza wobec obcych. To również głos w sprawie polityki stosowanej wobec imigrantów przez nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych, próba zdeklasowania idei budowy idealnego, oddzielonego murem społeczeństwa. O utopii nie może być mowy. Człowiek i tak zawsze znajdzie sposób, żeby ją zniszczyć.

Marcin Miętus