29.04.2017
Lecą żurawie nad serbską wioską
Po latach milczenia, poprzedzonych zupełnie nieoczywistym, kreacyjnym – z całą mocą tego słowa – dokumencie „Maradona by Kusturica” (2008), bałkański czarodziej ekranu wraca do gry i czyni to w stylu nie gorszym niż ten prezentowany na boisku przez argentyńskiego pomocnika. Jeśli tylko odważycie się zajrzeć do undergroundu jego nieposkromionej wyobraźni, uwierzycie, że życie jest cudem, a czas Kusturicy nadal trwa!
Lecą żurawie nad serbską wioską
Kadr z filmu "Na mlecznej drodze"

Scenariusz „Na mlecznej drodze” spokojnie mogła napisać ręka Boga. Co prawda nie sądzę, by była to ta sama, która pokonała Anglię na mistrzostwach świata w 1986 roku i wyrosła na drugoplanowego bohatera filmu o Maradonie. W najnowszym filmie Kusturicy stężenie realizmu magicznego w bałkańskim powietrzu sięga jednak zenitu, czyniąc z pozoru prostą historię o miłości przypowieścią o wielu fundamentalnych kwestiach. Oto do małej serbskiej wioski prosto z Włoch przybywa przyszła Panna Młoda (Monica Bellucci). Wkrótce ma odbyć się podwójne wesele – Milena wyjdzie za Kostę (Emir Kusturica), a jej odrażający brat weźmie za żonę śródziemnomorską piękność. Sprawy przybiorą jednak zupełnie inny obrót, a rozwiązanie skomplikowanej sytuacji przyniesie nie tylko ogień uczucia.

Ostatni film Kusturicy rozpoczyna bliźniacza względem koszmaru sennego wizja, która rozwija się z dramaturgią nie mniejszą niż ta towarzysząca zapierającej dech w piersiach sekwencji otwierającej „Arizona Dream” (1992). Zamiast kawalkady psów mamy tym razem stadko gęsi, które lada moment skąpią się we krwi. Sugestywny kontrast czerwieni i bieli to ujmująca wizualnie zapowiedź mariażu piękna i brutalności, prostoty i absurdu, które naprzemiennie charakteryzują magiczną opowieść składającą się na „Na mlecznej drodze”. O łzach wzruszenia, zarówno tych mentalnych, jak i prawdziwie cieknących po policzku w trakcie seansu, decydują fantastyczni w swoich rolach spóźnionych kochanków sam Emir Kusturica i Monica Bellucci. Reżyser „Undergroundu” (1995) od pierwszych scen przekonuje widza, że nie napisał sobie tej postaci, by przemawiać z pozycji natchnionego demiurga ekranu. Z niekłamaną wrażliwością oraz pokorą tworzy portret nieco oderwanego od rzeczywistości, żyjącego w symbiozie z przyrodą daleko bardziej niż z ludźmi pustelnika, któremu niespodziewanie przytrafia się wielka miłość. Z kolei wciąż niewiarygodnie piękna Monica Bellucci wnosi do kina Kusturicy nostalgiczny powiew włoskiego kolorytu, który wypełnia bajeczne pejzaże bałkańskiej wsi. Tym razem miast zapalniczek mieszkańcy wioski płci męskiej wręczają jej puste baniaki na mleko, a ona sama nie przemierza polnych dróżek w szpilkach i dopasowanych kostiumach, ale czar godny Maleny nadal w niej pozostał. Elektryzująca chemia między tą parą sprawia, że nawet ryzykowne formalnie oniryczne ujęcia zakochanych szybujących w powietrzu pod osłoną pary wodnej i piany wodospadu nie wypadają karykaturalnie, a poetycko. Dalekie od ekranowej grafomanii jest także przywołanie kolejnego wcielenia słowiańskiego ducha, jakie kryje się w nie wprost zacytowanym arcydziele rosyjskiej kinematografii. „Lecą żurawie” (1957) właśnie zyskały drugie życie.

Stribor Kusturica, syn reżysera, zadbał o to, by muzyka towarzysząca widzom „Na mlecznej drodze” przywodziła na myśl najlepsze kompozycje Gorana Bregovica, którego utwory zilustrowały aż cztery dzieła z filmografii twórcy „Czasu Cyganów” (1988). To nie jedyny powód, dla którego widz zaznajomiony z kinem Jugosławianina ani przez chwilę nie zapomina, z kim i z czym ma do czynienia. Przyszywanie zwykłą igłą z nitką oderwanego przez chybiony strzał snajpera ucha przy dźwiękach włoskiej piosenki ludowej, panna młoda strzelająca w kolana podejrzanym typom na własnym wieczorze panieńskim czy owce wirujące w powietrzu nad polem minowym – takie rzeczy tylko u Kusturicy! A nad tym nieokiełznanym w swym żywiole teatrem absurdu nieustająco unosi się miłość, której niestraszne są żadne przeszkody. Pewne rzeczy w baśniowym, bałkańskim świecie wypełnionym (arizona) dreams pozostają niezmienne. Jak śpiewał bowiem Iggy Pop w słynnej piosence towarzyszącej anglojęzycznemu debiutowi Kusturicy - In the deathcar, we’re alive. So, come on mandolins, play!

Monika Żelazko