06.01.2018
"Dziewczyna spoza ferajny" | RECENZJA
Aaron Sorkin to rzadki przypadek scenarzysty, którego nazwisko funkcjonuje jako marka kojarzona z określonym stylem pisania. Nic dziwnego zatem, że w końcu postanowił także stanąć za kamerą, tym samym ostatecznie potwierdzając swój autorski status. Będąca wynikiem tych starań „Gra o wszystko” nie wytrzymuje jednak porównania z jego największymi dziełami.
"Dziewczyna spoza ferajny" | RECENZJA
Jessica Chastain i Idris Elba w "Grze o wszystko"
źródło: materiały prasowe

Fenomenem twórczości Sorkina rządziły w ostatnich latach dwa paradoksy. Pierwszym z nich była jej skrajna antyfilmowość, która objawia się w całkowitym skupieniu na słownych potyczkach postaci oraz ich werbalnych eksplozjach. Właśnie one stanowiły główny motor napędowy narracji oraz źródło utrapienia dla widzów nieposługujących się na co dzień językiem angielskim. Często bywali bowiem zmuszeni do prowadzenia wyścigu z błyskawicznie znikającymi napisami, desperacko próbującymi nadążyć za dynamicznym słowotokiem zasiedlających ekran bohaterów. Znaki firmowe i manieryzmy, które rozsławiły Sorkina-scenarzystę, bez trudu odnajdziemy również podczas seansu jego reżyserskiego debiutu. W „Grze o wszystko” błyskotliwe, rytmizujące przebieg akcji oraz skrzące się inteligenckim humorem dialogi przeplatane są więc węzłowymi, gorączkowymi monologami. Nadrzędnym celem egzystencji protagonistów wydaje się natomiast zabawianie widowni kolejnymi bon motami.

Drugą ze wspomnianych sprzeczności był fakt, że realizacją przeładowanych dialogami scenariuszy Sorkina zajmowali się reżyserzy budujący filmową narrację za pomocą wyrazistej formy. Owocem tego wyjątkowego zderzenia słownych i audiowizualnych fajerwerków są dwa arcydzieła skoncentrowane na portrecie wielkich architektów cyfrowej współczesności – kanoniczne już chyba „The Social Network” (2010) Davida Finchera oraz „Steve Jobs” (2015) Danny’ego Boyle’a. Jedną z kluczowych kwestii związanych z produkcją „Gry o wszystko” było zatem pytanie, czy pozbawiony reżyserskiego wsparcia Sorkin znajdzie skuteczny sposób na filmowe ujarzmienie własnego scenariusza. I chociaż dwoi się i troi, by zalegitymizować swoją obecność za kamerą, efekt jego działań pozostawia niedosyt.

Wprawdzie trudno całkowicie zrównać z ziemią jego osiągnięcia w tym zakresie, niemniej „Gra o wszystko”, choć pełna efektownych momentów, nie składa się na przemyślaną całość. Przede wszystkim zaś, Sorkin zupełnie zrezygnował z poszukiwania własnego głosu. Zamiast tego garściami czerpie z arcyklasyka kinematografii, jakim są „Chłopcy z ferajny” (1990) Martina Scorsesego. Nie chodzi tu tylko o rozwiązania estetyczne – czasami przywodzące na myśl również niedawne „Big Short” (2015) Adama McKaya – ale i sam sposób snucia historii. Główna bohaterka, Molly Bloom, opowiada bowiem o swoim stopniowym przenikaniu do szarej strefy, w ramach której zaczęła organizować lukratywne pokerowe rozgrywki dla wpływowych ludzi show-biznesu. Nawet silna obecność pozakadrowego komentarza protagonistki zaaranżowana jest tu w taki sposób, że nie sposób uciec od skojarzeń z narracyjną formułą wzlotu i upadku ukochaną przez Scorsesego, któremu trzykrotnie służyła ona do opowiadania o wynaturzeniach związanych z mitem american dream.

Tym samym tropem podąża oparta na prawdziwych wydarzeniach opowieść Sorkina. Fundamentalna różnica względem dzieł Scorsesego jest dosyć oczywista: Molly Bloom to dziewczyna spoza ferajny. Jako kobieta nie należy do męskiego środowiska hazardu, a jej działania nie do końca wpisują się w światek przestępczy, choć bez wątpienia są z nim powiązane. Oba te aspekty, sytuujące bohaterkę w innym miejscu niż zazwyczaj, zapowiadają świeże spojrzenie na wałkowany w kinie wielokrotnie temat. Tym bardziej, że Sorkin dokłada do tego swój ukochany motyw medialnej manipulacji i kreacji. Opinia publiczna oraz władze w aresztowanej za swoją działalność Molly Bloom widzą bowiem zdemonizowaną gangsterkę, którą w rzeczywistości nigdy nie była. W dodatku jednym z naczelnych motywów „Gry o wszystko” jest odmowa zdradzenia przez główną bohaterkę sensacyjnych informacji na temat dawnych klientów, nawet kosztem swojej wolności.

Wszystko to na papierze brzmi bardzo obiecująco, ale efekt finalny jest nieco rozmyty. Sorkin wydaje się być za bardzo zapatrzony w nieskazitelność swojej heroiny. Bezbłędnie odnajdującej się w rozgadanym uniwersum „Gry o wszystko” Jessice Chastain udaje się jednak tchnąć w nią pełnię życia. Dzięki temu sprawdza się ona jako protagonistka, choć sama historia Molly pod koniec seansu okazuje się dużo mniej zajmująca niż na jego początku. Tak czy inaczej, pierwsza żeńska bohaterka w twórczości Sorkina stanowi zaledwie cień jego znakomicie skonstruowanych męskich postaci.


                 Za rolę w "Grze o wszystko" Jessica Chastain została nominowana do Złotych Globów. 
                                            Zobacz pełną listę nominowanych - kliknij TUTAJ

Nieco zgubna dla debiutu Sorkina jest z kolei wspomniana nawałnica pozakadrowej narracji, która dubluje dialogową intensywność jego stylu i czasami niepotrzebnie dopowiada wszelkie znaczenia, które w filmie mogły pozostać zasugerowane jedynie obrazem, gestem i spojrzeniem. Przywiązanie do siły słowa okazuje się przekleństwem także w finałowych partiach filmu, sprowadzających osobowość głównej bohaterki do psychoanalitycznego banału. Stojącemu za kamerą Sorkinowi dramaturgicznego wyczucia brakuje niestety częściej. Parokrotnie w „Grze o wszystko” pojawiają się sceny, które zupełnie nie pasują do tonu opowieści i zbliżają ją do rejonów drugoligowego kina familijnego, obowiązkowo okraszonego finałem ku pokrzepieniu serc.

Rozczarowanie, jakie pozostawia po sobie „Gra o wszystko”, jest o tyle ciekawe, że ostatnie scenariusze Sorkina wyżyny osiągały między innymi dlatego, że pozornie nieinteresujące tematy (żmudne przygotowania Steve’a Jobsa do swoich słynnych wystąpień, legislacyjne batalie założycieli Facebooka) przekuwały w fascynujące werbalne dreszczowce. Tutaj zaś temat jego filmu – świat hazardu i patologii show-biznesu – to istny samograj, na który Sorkin wydaje się nie mieć żadnego ciekawego pomysłu. Mając tyle potencjalnych asów w rękawie, rozgrywa swoją debiutancką partię nazbyt bezpiecznie i nie do końca pewnie. W związku z tym czasem „Gra o wszystko”, choć zrealizowana z dialogowym polotem, wydaje się toczyć o nic i po nic. Być może tym razem Sorkinowi zabrakło po prostu przeszkody, którą musiałby przeskoczyć. Pozostaje zatem mieć nadzieję, że w następnym scenariuszowym rozdaniu dostanie gorszą kartę, a widownia – lepszy film.

Oskar Wanat