08.11.2017
Ach, ten gotyk z dawnych lat! | horrory gotyckie
Ciemno wszędzie, głucho wszędzie... Czy jakiś film z tego będzie? Jak najbardziej! Horror gotycki, dryfujący od lat zarówno po odmętach kina, jak i wirujący w jego głównym nurcie, zdaje się nieodmiennie zachowywać swą nieśmiertelność niczym jego wampiryczni bohaterowie – również i w naszych rodzimych ekranowych wodach. Edgar Allan Poe lubiłby to!
Ach, ten gotyk z dawnych lat! | horrory gotyckie
Kadr z filmu "Kochanka Szamoty"
źródło: materiały prasowe

Ufundowana na fascynacjach mrocznym średniowieczem powieść gotycka, pomimo swojego leciwego rodowodu, potrafiła inspirować kolejne pokolenia twórców i to nie tylko tych działających piórem w czasach romantyzmu. Co więcej - wciąż potrafi, co potwierdzają liczne opowieści wykorzystujące charakterystyczne dla niej rozwiązanie fabularne, jakie pojawiają się na gruncie materii kinowej. Jako że krainy słowiańskie to prawdziwe zagłębie wampirów i przyłapanych na ucieczce heroin, tereny obfitujące w zamki i lasy, skarbnica ludowych podań – także i na filmografiach polskich twórców osiadł złowieszczy duch gotyku. Projekt młodego reżysera, Adama Uryniaka, dobiegł końca, czego efekty mogli zobaczyć widzowie krakowskiego kina Kijów, hucznie obchodzącego w miniony weekend 50-lecie istnienia. Oparta na motywach opowiadania nazywanego „polskim Poem” Stefana Grabińskiego „Kochanka Szamoty”, zapowiadana jako swoisty hołd złożony strasznym tytułom wysypującym się w latach 30. z wytwórni Hammer, okazała się również miłą dla oka reminiscencją podobnych produkcji nakręconych lata temu w kraju nad Wisłą. Imonujące otwarcie, dla którego tło stanowi rajd kamery po urokliwych pamiątkach przeszłości tajemniczej rezydencji, jawi się jako wzorcowy inwentarz horroru gotyckiego. Na pochwałę zasługuje tu przede wszystkim intrygująca scenografia, wspierana przez zagadkową narrację z offu, która snuje nam równolegle wobec poczynań protagonisty mrożącą krew w żyłach historię mieszkańców niszczejącej willi.


                                            O filmie "Kochanka Szamoty" przeczytasz TUTAJ

#femme fatale
Polskie kino porywające się na ekranizację powieści czy opowiadań gotyckich najczęściej wyławia z nich charyzmatyczną postać femme fatale. Taka właśnie bohaterka stanowi oś wydarzeń „Kochanki Szamoty” czy „W domu Sary”, która to nowela także rozpalała niegdyś wyobraźnię innego rodzmiego reżysera. „Dom Sary” (1985) Zygmunta Lecha to udana adaptacja, czerpiąca garściami z dyskursu romantycznego, niezaniedbująca przy tym ani na chwilę swego szatafażu spod znaku horroru. Stylistycznym bratem filmu Zygmunta Lecha wydaje się choćby tytuł „Widziadło” z tego samego roku w reżyserii Marka Nowickiego, również oparty na literackim pierwowzorze –„Pałubie” Karola Irzykowskiego, wykorzystującej ów charakterystyczny dla gotyku motyw demonicznej kochanki powracającej zza grobu. Nowicki pozwolił sobie jednak na znacznie bardziej radykalne roszady względem książki, co zdecydowanie nie przysłużyło się jakości produkcji. Uleciała bowiem tutaj cała oniryczność i tajemnica powieści, a w jej miejsce powołano lubieżną seksualność i tani erotyzm. Na szczęście tych błędów nie powtórzył w swoim dziele Lech, co zasługuje na pochwałę, tym bardziej że biorąc pod uwagę specyfikę pisarstwa Grabińskiego, zorientowaną w dużej mierze na wątki sentymentalne, miał ku temu wszelkie warunki.

#gotycki horror na świecie – co oglądać?
O niesłabnącej popularności gotyckiego horroru na wielkim ekranie (i małym zresztą też – dość wspomnieć „Dom grozy” z Evą Green czy „Draculę” z Jonathanem Rhysem Meyersem w tytułowej roli) świadczą kolejne, całkowicie współczesne inspirowane nią dzieła. Choćby twórczość Guilermo Del Toro okazała się nadzwyczaj podatnym na ten typ grozy gruntem. W „Crimson Peak. Wzgórze krwi” (2015) meksykański reżyser stworzył istny kalejdoskop motywów z powieści gotyckiej – tak intensywny, że momentami aż ocierający się o pastisz gatunku. Rasowym persyflażem, mistrzowsko zamieniejącym okrutną makabrę w czarującą makabreskę, są natomiast dwa dzieła (1991, 1993) Barry’ego Sonnenfielda opowiadające o rodzinie Addamsów.


                                Kadr z filmu Crimson Peak: Wzgórze krwi / fot. materiały prasowe

#Tim Burton!
Najwyraźniejszy dowód na nadzwyczaj nośny potencjał gotyckich historii stanowi niemal cały dorobek Tima Burtona. Źródeł jego urzeczenia tym szczególnym gatunkiem możemy szukać już w „Vincencie” – rysunkowym arcydziele z 1982 roku, zanurzonym w mistrzowskim literackim stylu Poego po ostatnią kreskę. Pełni mrocznego uroku tej animacji przydaje głos - nomen omen - Vincenta Price’a, którego postać to prawdziwa legenda kina grozy. Krótkie dziełko wydaje się miniaturą twórczości Burtona, który lubuje się w makabreskowych opowieściach o niepoprawnych marzycielach, kolorowych odmieńcach nierozumianych przed otoczenie. Tak właśnie zarysowuje się jeden z jego najsłynniejszych filmów w karierze, a zatem „Edward Nożycoręki” (1990) z popisowym występem Johnny’ego Deppa. Spośród kilku ról amerykańskiego aktora, jakie wykreował na planie Burtonowskich wspaniałości, warto wymienić te najbardziej znaczące w kontekście gotyku. „Jeździec bez głowy” (1999) oraz „Sweeney Todd: Demoniczny golibroda z z Fleet Street” (2007) to historie oparte właśnie na – kolejno – ludowym podaniu i miejskiej legendzie, a „Mroczne cienie” (2012) ze swym ironicznym wampiryzmem dopełniają mistrzowski portret grozy. Jako wisienka na torcie jawi się tutaj animowana „Gnijąca panna młoda” (2005), która z pewnością trafiłaby na listę ulubionych filmów Edgara Allana Poego.

Literatura raczej już na dobre spetryfikowała horror gotycki. Szansą na jego wskrzeszenie może być, co prawda, rosnąca popularność opowieści wampirycznych lub też potraktowanie tej formy w sposób prześmiewczy, co potwierdza chociażby udany literacki debiut Sorena Gaugera „Nie to/Nie tamto" (2014). Zdawać by się mogło, że powieść gotycka funkcjonuje dziś raczej jako swoisty archetyp, relikt przeszłości – ale bynajmniej nie dla filmowców! Dla tych ostatnich pozostaje bowiem wciąż żywym tworzywem, na co pozwala wyjątkowa plastyka opisu przestrzeni i barwny katalog przewijających się przez nią postaci, które z kolei kreują doskonałe warunki w zakresie budowania rozpoznawalnej ikonografii.

Monika Żelazko