11.11.2017
9 ulubionych polskich filmów
Spośród całego dorobku polskiej kinematografii wybraliśmy dziewięć naszych ulubionych rodzimych filmów, które chcemy przypomnieć w dzień 99. rocznicy odzyskania Niepodległości. My dzisiaj świętujemy właśnie tak – oglądając perełki polskiego kina.
9 ulubionych polskich filmów
Polscy filmowcy w Cannes

# Pociag (1959)
Zamkniętą w ciasnym przedziale, kameralną historią Jerzego (Leon Niemczyk) i Marty (Lucyna Winnicka) Kawalerowicz otwiera więcej pytań niż domyka. Na pierwszy plan wysuwa się melancholijny i egzystencjalny charakter nakręconego w czerni i bieli obrazu, rozczarowania rzeczywistością i życiem w ogóle. Skonfrontowany został on jednak ze społeczną potrzebą szukania kozła ofiarnego za nasze niepowodzenia, agresją czyhającą wewnątrz człowieka. Scena gonitwy za mordercą armii bezimiennych, obcych sobie pasażerów stanowi chyba jedną z najmocniejszych scen w polskim kinie. Mimo tego „Pociąg” to przede wszystkim film o mężczyźnie i kobiecie, potrzebie uczucia i bliskości. To niekonwencjonalny romans, który dzięki inteligentnej reżyserii, świetnemu scenariuszowi i wybitnej, skupionej grze aktorskiej nie popada on ani w banał, ani w trywializm. Więcej – jest w nim coś niezwykłego i szalenie oryginalnego.
Marcin Miętus

#
Niewinni czarodzieje (1960)
„– Jesteś zmęczona? – Czym? Ciszą?” – pytają siebie bohaterowie filmu „Niewinni czarodzieje” (1960) Andrzeja Wajdy. Choć właściwie cisza pojawia się w tej historii szczególnie rzadko. Opowieść o Bazylim (Tadeusz Łomnicki) i Pelagii (Krystyna Stypułkowska), którzy poznają się w jazzowym barze to teatralna, przewijająca się przez cały film i nie pozbawiona elementów gry rozmowa. W tym intymnym turnieju uwodzenia i fascynacji słowo jest ważniejsze niż dotyk, pytanie ważniejsze niż odpowiedź. Pod wrażeniem obojętności skrywają się uczucia i strach. Mimo kameralności, doświadczenia bardzo prywatnego, zamkniętego w małym pokoju, film snuje wizje młodości. Młodości nostalgicznej, pulsującej marzeniem, zatrutej cynizmem i przede wszystkim – wypełnionej tęsknotą. Mniej jest tutaj obrazu generacji, a więcej doświadczenia stanu młodości, który okazuje się być szczególnie uniwersalny. Nawet jeśli towarzyszy mu jazzujący, brzmiący przeszłością temat muzyczny Krzysztofa Komedy.
Julia Smoleń


                                                    Kadr z filmu "Niewinni czarodzieje" 

#Sanatorium pod klepsydrą (1973)
Nie ma wielu polskich filmów, które cechuje tak precyzyjna i jednocześnie autorska postawa wobec swego literackiego pierwowzoru. Wojciech Jerzy Has nosił się z zamiarem adaptacji „Sanatorium pod klepsydrą” od dawna, zaznaczając, że była ona jego „lekturą wczesnej młodości”. Lekturą, co warto zaznaczyć, zanurzoną do dna w morzu symboli, unikalnej struktury i niepowtarzalnej tkanki schulzowskiego języka. Wiele osób uważało ekranizację zbioru opowiadań nauczyciela z Drohobycza za karkołomną, przywołując powszednie argumenty o „nieprzekładalności” jego dzieła. Zdarzyło się jednak coś, dzięki czemu podziwiać możemy realizację potrafiącą zachwycić niespełna 45 lat po swej premierze – jeden Autor ujął swym oryginalnym językiem świat innego Autora, dając wybrzmieć zarówno swym jak i przenikającym z kartek „Sanatorium…” wizjom.
Jeżeli miałbym w skrócie wytłumaczyć źródło niepowtarzalnej siły, skupiającej się w dziele Hasa, pomyślałbym o doskonałym skomponowaniu konstrukcji fabularnej podróży Józefa (wspaniały Jan Nowicki) oraz bezbłędnym umieszczeniu wątków kultury chasydzkiej, agnostycznej oraz elementów filozoficznych o tematyce temporalnej i eschatologicznej. Fenomen „Sanatorium…” Hasa polega również na tym, że po tych wszystkich latach wciąż trudno porównać powyższą produkcję do innych, gdzie z równie wielką swadą osadza się w roli głównej bohatera jakim jest Czas. To on dzieli i rządzi światem „Sanatorium…”, tworząc coraz to bardziej kręte korytarze fabularnego labiryntu.
Temat i jego wizualna, osiągnięta z rozmachem osnowa (zapadająca w pamięć głównie dzięki ujęciom Witolda Sobocińskiego oraz scenografii i kostiumom małżeństwa Skarżyńskich) łączą się u Hasa w jedną, spektakularną feerię. Jeżeli dodać do tego możliwość obejrzenia filmu po dokonanej z pomocą operatora rekonstrukcji cyfrowej, otrzymujemy dzieło, które nie tylko jest wyrazem pysznego patriotyzmu Hasa, ale również stanowi kolorowy i egzotyczny pomnik polskiej kinematografii.
Iwo Garstecki


                                             Kadr z filmu "Sanatorium pod klepsydrą"

# Ziemia obiecana (1974)
Film Andrzeja Wajdy jest nie tylko jednym z najlepszych filmów polskich. To absolutne arcydzieło światowego kina. Adaptacja powieści Władysława Reymonta o tym samym tytule opowiada historię trzech przyjaciół – Karola, Maksa i Moryca. Młodzi mężczyźni chcą dorobić się wielkiej fortuny, która pozwoli im zrealizować życiowe plany. Kluczem do sukcesu ma być założona w Łodzi fabryka. Wielowątkowy, naładowany emocjami, rewelacyjnie zrealizowany film przy każdym kolejnym seansie pozwala w sobie odkryć zupełnie nowy, niedostrzeżony dotąd element.
Dla mnie majstersztykiem, do którego uwielbiam wracać, jest scena, gdy Moryc (w tej roli fenomenalny Wojciech Pszoniak) przychodzi do kantoru Grunspana, by oznajmić, że nie zamierza oddać pożyczonych wcześniej pieniędzy. Buta, pewność siebie zahaczająca o arogancję i tryumfalny uśmiech Moryca wieńczący scenę rewelacyjnie oddaje ducha „Ziemi obiecanej”.
Joanna Barańska

# Barwy ochronne (1976)
To jeden z najznamienitszych przykładów kina moralnego niepokoju. Krzysztof Zanussi buduje akademicki mikrokosmos, który staje się synekdochą polskiego społeczeństwa lat 70. – jego pęknięć, dylematów, polityczno-etycznych konfliktów. Dramaturgia filmu opiera się na kontraście między idealistą, Magistrem Kruszyńskim, a skorumpowanym cynikiem Docentem Szelestowskim, utożsamiającym w tej, jednocześnie wywrotowej i poruszającej, narracji władzę. Docent kusi Magistra; pragnie przekonać go o konieczności konformizmu i świadomej akceptacji zła oraz własnego w nim udziału, co na poziomie meta staje się paraboliczną opowieścią o moralnej odpowiedzialności jednostki. W filmie nie brakuje, mniej lub bardziej dosadnego, humoru, co rozbraja poniekąd moralistyczną konwencję, dzięki czemu reżyser oddala potencjalne zarzuty o przegięty patos i tworzy narrację, która – mimo osadzenia w bardzo konkretnych realiach – staje się ponadczasową, straszno-śmieszną przypowieścią.
Alicja Muller

#Człowiek z marmuru (1976)
Próbując wybrać szczególnie ważny dla mnie polski film, dokonałam przeglądu niemal wszystkich najważniejszych rodzimych produkcji, jakie zrobiły na mnie wrażenie w moim kinofilskim życiu. Ostatecznie jednak wróciłam do punktu wyjścia, do tytułu kołatającego mi w głowie już od samego początku, lecz odrzucanego z obawy o banalność. „Człowiek z marmuru” (1976) jest moim jedynym i ostatecznym typem. Z jednej strony film Wajdy to przykład niezwykłej sprawności narracyjnej, zapis fascynującego, choć fikcyjnego śledztwa, którego nie powstydziliby się nawet Bob Woodward i Carl Bernstein. Z drugiej, bardziej prywatnej, to właśnie Andrzej Wajda wspólnie z utrudzonym ciężką pracą, lecz motywowanym przez wzniosłe ideały Jerzym Radziwiłowiczem przekonał mnie, że potężne mury socrealistycznych gmachów kryją w sobie niezwykłe historie. Od tej pory patrzę inaczej na architekturę, kierując aparat fotograficzny częściej w stronę gargantuicznych blokowisk niż typowych landmarków, a wakacje na Majorce chętnie wymieniłabym na wycieczkę śladem brutalistycznych perełek Belgradu.
Kaja Łuczyńska


                                                               Kadr z filmu "Zmory"

# Zmory (1978)
Jak ochronić w życiu własne „ja”, kiedy na świecie jest tylu „ich”, którzy z chęcią nas go pozbawią? O tę możliwość ucieczki przed przyprawieniem Gombrowiczowskiej gęby pytają „Zmory” Wojciecha Marczewskiego – bodaj największy nieobecny w żelaznym kanonie rodzimej kinematografii. I jeśli przynoszą jakąkolwiek (p)odpowiedź, nie jest ona zbyt pocieszająca. W ujęciu Marczewskiego okres dojrzewania – czas, w którym kształtuje się osobowość oraz poczucie płciowej tożsamości – stanowi bowiem pasmo udręk i tytułowych zmór. Walka o ocalenie samego siebie przed zagładą społecznych konwenansów jest zaś najcięższym z egzystencjalnych wyzwań. Śmiała adaptacja skandalicznej powieści Emila Zegadłowicza z 1935 roku to kino totalne – całkowicie hipnotyzujące swoją nieco oniryczną, na przemian marzycielską i koszmarną narracją, spod której oddziaływania trudno wyzwolić się podczas seansu. Frapujące „Zmory” do dziś zapierają dech w piersiach swoją natchnioną oprawą plastyczną, a ich melancholijny, wielokrotnie powracający motyw muzyczny jest tak sugestywny w wyrazie, że zupełnie wybija widza ze strefy odbiorczego komfortu. Nic dziwnego – Marczewski to jeden z najwybitniejszych estetów w historii polskiego kina. Nie ma sobie równych także w prowadzeniu małoletnich aktorów, czego najlepszym dowodem jest absolutnie zdumiewająca rola Tomasza Chudźca w „Zmorach”. Przede wszystkim jednak, Marczewski to żarliwy apologeta indywidualizmu – świadomy potwornego wysiłku, jakiego wymaga zachowanie swojej osobności, ale niestrudzenie wartościujący go pozytywnie. Tylko z pomocą tego trudu można liczyć na osiągnięcie samospełnienia, nawet jeśli będzie trwało ledwie chwilę. Bo przecież, jak pisze sam Mikołaj Srebrny, główny bohater „Zmór”: „Jawa jest zmorą. Rzeczywistość to udręka i nędza – a sen to życie i wyzwolenie. Dobra jawa to przedłużenie snu, ziszczenie marzenia i tęsknoty. Zła jawa to bezsenna trwoga – i gdyby tylko ona, i nic więcej – to nie wartoby żyć”.
Oskar Wanat

#Miasto 44 (2014)
„Miasto 44” w reżyserii Jana Komasy otwiera nowy rozdział w filmowej epopei powstańczej. Otwiera, albo może i zwieńcza pewien etap wytyczony przez charakterystyczny trend. Zdaje się bowiem, że w kinie przeminęły już czasy „Kolumbów” (1970) Morgensterna, wyszliśmy z „Kanału” (1956) Wajdy, przestaliśmy słuchać „Eroiki” (1957) Munka. Miejsce tych szacownych dzieł zajęły produkcje o zgoła popkulturowej proweniencji. Grunt pod sceny romantycznych pocałunków w poetyce slow motion wśród wirujących w powietrzu kul czy wędrówek kanałami rozgrywanych na rejestrach właściwych konwencji horroru, przygotował cieszący się ogromną popularnością serial „Czas honoru” (2008-2013) czy opowiedziana na nowo przez Roberta Glińskiego w iście amerykańskim stylu historia Rudego, Zośki i Alka („Kamienie na szaniec”, 2014). Film Komasy na tym tle imponuje przede wszystkim wizualnym rozmachem, nadzwyczajną finezją w zestawianiu poszczególnych scen z dobrze znanymi przebojami polskiej przedwojennej (i nie tylko takiej) estrady. Tę tendencję zapowiada już niby zwyczajowy opening, podczas którego widz zostaje wprowadzony w realia opowieści poprzez kilka wyimków z licealnego podręcznika do historii, okraszonych jednak nostalgicznym szlagierem Marino Mariniego. W pamięć zapada też straceńczy bieg Stefana przez cmentarz z towarzyszeniem „Dziwny jest ten świat” Czesława Niemena. Obraz powstańczej Warszawy zapowiada swe własne zgliszcza, upiornie bliźniacze wobec tych przedstawionych w animacji Damiana Nenowa („Miasto ruin”, 2010), a młodzi bohaterowie, wbrew pozorom, nie są tylko własnymi papierowymi podobiznami z plakatów. Krwawy deszcz wieńczy dzieło i dopełnia nad wyraz silne doświadczenie grozy tamtych dni.
Monika Żelazko


                                                     Kadr z filmu "Wieża. Jasny dzień"


#Wieża. Jasny dzień (2017)
Nowe pokolenie wyrazistych artystek, otwarcie romansujących z feminizmem – tego polskiej kinematografii było trzeba! Najpierw Agnieszka Smoczyńska z doskonałymi „Córkami Dancingu” (2015), a teraz debiutująca Jagoda Szelc, której „Wieża. Jasny dzień” stała się objawieniem tegorocznego Festiwalu Filmowego w Gdyni. Czyżbyśmy więc mogli mówić o nowym rozdziale w kinie kobiet?
Marginalizowane, wielokrotnie pomijane, tworzone niejako „na przekór” niesprzyjającym warunkom – polskie kino kobiet nigdy nie zyskało w Polsce statusu fenomenu. A szkoda. Barbara Sass, Dorota Kędzierzawska, Agnieszka Holland, Małgorzata Szumowska, Anna Jadowska – to zaledwie kilka nazwisk, dzięki którym możemy w ogóle mówić o rodzimym kinie kobiet i próbować pokusić się o stworzenie mikro herstorii filmoznawczej. Herstorii niejednorodnej, wymykającej się prostemu schematowi. Reprezentacja Polek – reżyserek to głosy skrajnie różne, podejmujące rozmawiające z widzem za pomocą innej estetyki, szukającej innych środków wyrazu, biorących na tapetę zupełnie niezależne od siebie tematy.
Arthouse’owy horror? Zwrot z stronę wiejskich legend, ludowości? Próba interpretacji siły polskich tradycji i zwyczajów? Tajemnica i niejednoznaczność są niewątpliwą siłą debiutu Szelc. Zabawa gatunkami, mieszanie stylów i konwencji to bodaj najbardziej porażający element „Wieży”. Otwarte czerpanie z nurtów europejskich reżyserów połączone z tradycją feministycznych opowieści o kobietach chorych, obłąkanych, żyjących na marginesie społeczeństwa przyniósł Jagodzie Szelc statuetką dla najlepszego debiutu w gdyńskim KPFF.
Angelika Pitoń