07.02.2018
5 najciekawszych ról Willema Dafoe
Tegorocznym laureatem Honorowego Złotego Niedźwiedzia został Willem Dafoe, wielokrotny gość i przyjaciel Berlinale. Z tej okazji odbywający się w Berlinie Międzynarodowy Festiwal zorganizował niewielką retrospektywę jego twórczości. Korzystając z okazji przypominamy jego najciekawsze role.
5 najciekawszych ról Willema Dafoe
Willem Dafoe
źródło: Alex de Brabant / The Talks

Scorsese, von Trier, Lynch, Friedkin, Cronenberg i Bigelow. To tylko ułamek wielkich nazwisk, u których Dafoe stworzył świetne, charakterystyczne role, których ma w swojej karierze już ponad osiemdziesiąt. Często mówi się o nim jako aktorze drugiego planu, niektórzy złośliwie porównują jego pokrytą bruzdami twarz do twarzy Micka Jaggera. Prawdą jest, że Dafoe posiada bardzo charakterystyczną, dość szorstką urodę, która przysporzyła mu na koncie szereg czarnych charakterów. Grał już płatnego mordercę, szefa mafii, sadystycznego męża, wampira a nawet goblina. Na przekór temu za jego najlepsze role uznaje się te, w których portretuje zatroskanego, zmęczonego życiem człowieka czy wrażliwego męczennika.

# Ostatnie kuszenie Chrystusa (1988)
Po sukcesie w „Plutonie” (1986) Olivera Stone’a propozycję nie do odrzucenia aktorowi złożył Martin Scorsese. Po roli sierżanta Eliasa, który w piekle wojny sprawiał wrażenie jednego z bardziej uduchowionych, a zarazem ludzkich bohaterów filmu poświęconemu wojnie w Wietnamie, zagrał Jezusa. Scorsese w swoim filmie ukazuje Chrystusa jako człowieka pełnego słabości i wyrzutów sumienia. Człowieka grzeszącego, rozliczającego się ze swoją wiarą. Dafoe swoją kreacją wykracza poza kategorię bluźnierstwa, o którą oskarżano twórców filmu, współtworząc głębokie dzieło o religii i zwątpieniu.

# Dzikość serca (1990)
Rola jak z sennego koszmaru. Dafoe pojawia się w moim ulubionym filmie Davida Lyncha zaledwie na kilkanaście minut, ale jego demoniczny Bobby Peru na stałe zagościł na liście czarnych charakterów kina, obrzydliwych i perwersyjnych złoczyńców. Sztuczne, spiłowane zęby, wykrzywiona twarz i przeraźliwy rechot przywodzi na myśl kumulację niekontrolowanego zła, które drzemie w człowieku.

# Angielski pacjent (1996)
Jedną z bardziej złożonych kreacji stworzył w świetnej adaptacji prozy Michael’a Ondaatje. Reżyser i scenarzysta Anthony Minghella powierzył mu rolę Davida Caravaggio, zagadkowego Kanadyjczyka, który choć znajduje się w cieniu pary głównych bohaterów odegra w ich życiu niemałą rolę. Uzależniony od morfiny, pozbawiony kciuków mężczyzna swym mrocznym emploi wnosi sporą dawkę niepokoju w ich życie, wnosząc do filmu aurę tajemnicy.
 


                                         Przeczytaj recenzję "The Florida Project"! - kliknij TUTAJ

# Grand Budapest Hotel (2014)
Po „Podwodnym życiu ze Stevem Zissou” (2004), w którym Dafoe zagrał jednego z członków załogi Klausa Daimlera, Wes Anderson po raz drugi skorzystał z usług aktora. Tym razem obsadził go po warunkach – w roli złoczyńcy i mordercy na zlecenie J.G. Joplinga. Ubrana w czarny skórzany płaszcz z sygnetami w kształcie czaszek postać wzbudza jednak przede wszystkim śmiech – jego rola to wszak przerysowana gra z konwencją, w którą lubi bawić się Anderson, znakomicie wydobywając z aktora efekt wyrafinowanej groteski, podlanej wysokiej jakości thrillerem (scena pościgu Joplinga za prawnikiem Kovacsem i jej finał to prawdziwy majstersztyk).

# The Florida Project (2017)
U Seana Bakera Dafoe gra Bobby’ego, zmagającego się z trudnymi klientami menagera hotelu, w którym przyszło mieszkać głównym bohaterkom filmu: sześcioletniej Moonee i jej zbuntowanej matki Halley. Jego postać to bohater drugoplanowy, bez którego trudno byłoby wyobrazić sobie świat stworzony przez reżysera, tak koherentny i – świadomie używam tego słowa – prawdziwy. Bobby to człowiek z duszą na ramieniu, cierpliwy i pełen empatii. Trochę niepasujący do nowoczesnego, cynicznego świata, choć właściwie to nim w pewien sposób zarządza, będąc złotą rączką i stróżem porządku jednocześnie. I nawet gdy ma już serdecznie dość hotelowych gości, przysparzających mu masę problemów, zawsze znajdzie moment, w którym porozumiewawczo mrugnie okiem do któregoś z niesfornych dzieciaków. Piękna rola.

I skoro jesteśmy przy nagrodach – nagroda honorowa Berlinare to nie lada wyróżnienie. „The Florida Project” przyniósł z kolei sześćdziesięciodwuletniemu aktorowi trzecią nominację do Oscara. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby Złoty Rycerz trafił wlaśnie w jego ręce.

Marcin Miętus